niedziela, 11 września 2011

W(T)C

Wiedziałem, wiedziałem. Przez skórę czułem, że w 10. rocznicę zamachów na WTC media dadzą popis. Takt i wyważenie nie są mocną stroną dziennikarzy. Spodziewałem się więc, że wśród archiwalnych zdjęć samolotów wbijających się w szklaną ścianę, płonących wieżowców, sterczących resztek konstrukcji i przechodniów uciekających przed chmurą pyłu zobaczę to, co dotąd uważałem za szczyt niedelikatności: zdjęcia ludzi wykonujących samobójcze skoki z wież WTC. Zwracam Twoją uwagę na czas przeszły - "uważałem". Jakże się myliłem!

Fotoreportaż z samobójstwa to nie szczyt, ale zaledwie pagórek. Portal "Onet" poszedł na całość i opublikował - proszę o uwagę - quiz "10 rocznica zamachu na USA. Sprawdź swoją wiedzę!". Zupełnie jakby chodziło o rocznicę pierwszego koncertu "Beatlesów" lub lądowania na Księżycu, w 19 pytaniach możesz sprawdzić swoją jedenastowrześniową erudycję. Czujesz już tę ekscytację? Masz już wypieki na twarzy?

Poziom jest wyśrubowany - żadne tam audiotele w stylu "Którego dnia dokonano zamachów z 11 września - 10, 11 czy 12?". Autor był ambitny.

"Ilu porywaczy uprowadziło cztery samoloty i dokonało zamachów z 11 września? 14, 19 czy 23?" Nie wiesz? Uuu, słabiutko. Może dalej będzie lepiej.

"George W. Bush dowiedział się o zamachu na World Trade Center: na swoim ranczu w Teksasie, w szkole podstawowej na Florydzie, gdzie czytał dzieciom bajki czy podczas wizyty zagranicznej w Meksyku?"

"Jak nazywał się terrorysta egipskiego pochodzenia, który dowodził terrorystami 11 września: Ahmed al-Ghamdi, Chaled Szejk Mohammed czy Mohamed Atta?"

"Synowie Saddama Husajna, Udaj i Kusaj, którzy podczas rządów ojca zajmowali wysokie stanowiska w państwie zginęli: podczas bombardowań rodzinnego miasta ich ojca - Tikritu, w zasadzce zorganizowanej przez tzw. Koalicję antyterrorystyczną, czy na froncie, podczas walk z amerykańskimi wojskami?" (tu ewidentny błąd grafika, bo zamiast ociekającego krwią zdjęcia zwłok Husajnów Juniorów widzimy zaledwie portret ich ojca)

"W jakim stanie rozbiła się maszyna, która miała ponoć trafić w Biały Dom lub Kapitol? W Teksasie, w Waszyngtonie, czy w Pensylwanii?" To pytanie, po uzupełnieniu o czwartą odpowiedź, idealnie nadawałoby się do "Milionerów". Ech, już czuję te emocje, już widzę te zaciśnięte kciuki narzeczonej uczestnika konkursu. "Zenonie, zaznaczyłeś odpowiedź C. [dłuuuuga pauza] I to jest dobraaa odpowieeeedź!!! Taaaak!" Światła! Okrzyki radości! Całusy z widowni i na widownię! Taaak, dziękujemy Ci Al-Kaido, że rozbiłaś się porwanym boeingiem już w Shanksville, zamiast dolecieć gdzieś dalej!

Tylko pośpiech usprawiedliwia redaktorów Onetu, że nie rozwinęli swego projektu bardziej. Aż się przecież prosiło.

"Jakim paliwem napędzane były silniki samolotów wbitych w WTC? Paliwem lotniczym, ropą naftową czy benzyną bezołowiową?" Sponsorowany link mógłby prowadzić do artykułu o sytuacji na rynkach paliw.

"Ile czasu spadali pracownicy WTC z najwyższego piętra?"

"Syn strażaka który zginął w akcji ratunkowej: A) popełnił samobójstwo, B) zaczął brać narkotyki czy C) wstąpił do sekty?"

W nagrodę za wypełnienie można by było ściągnąć zahasłowany plik .avi z nagraniem ostatnich telefonów pasażerów lotu UA93. Za najlepsze odpowiedzi dostałbyś pocztą miniaturową figurkę człowieka wyskakującego z WTC. Mogłaby nawet wygrywać jakąś melodyjkę lub świecić oczami.

Teraz na poważnie. Kim trzeba być żeby z czegoś takiego robić show i zabawę? Bezdusznym sukinsynem? Naćpanym ignorantem? A może po prostu idiotą? Nie chodzi mi o to, by robić z zamachów na WTC tradycyjny polski patos i "zęby wybijane przez gestapo w rytm Chopina". Chodzi mi o zwykłe, proste uszanowanie ludzkiej śmierci. Ja wiem, że żyjemy w czasach, w którym tłuszcza musi koniecznie znać intymne szczegóły pożycia celebrytów. Już się powoli oswajam z myślą, że szpitalne karty gorączkowe znanych ludzi najpierw są wrzucane do Internetu, potem publikowane w gazetach, a dopiero potem dostaje je pacjent i rodzina.

Nie przyzwyczaiłem się jednak (jeszcze?) do takiego samego traktowania śmierci. Usprawiedliwiam operatora kamery filmującego samobójcze skoki. Był w szoku, poza tym to taki sam dokument dla potomności jak zdjęcia z wyzwolenia Auschwitz. Nie mam jednak żadnego usprawiedliwienia dla ludzi, którzy puszczają to w programach info jako podkład dla aksamitnego głosu spikera. Czy ktoś z redakcji zastanawiał się nad tym, co musiało wpłynąć na decyzję o skoku z 90. piętra? Co się działo w głowach samobójców? Czy z równym dokumentacyjnym zapałem "dziennikarze" pokazywaliby światu zdjęcia ze zgonu swoich rodziców?

A potem robili quiz na temat ich ostatnich dni w szpitalu?

Niedawno czytałem o nowej metodzie utylizacji zwłok - po prostu się je rozpuszcza i spłukuje, choćby do sedesu; resztki kości miele na proszek i jak wyżej. Zgwałcony oglądaniem na telebimach w centrach handlowych nagrań samobójstw z WTC czuję, że sam proces umierania trafił do sedesu znacznie wcześniej.


PS. W 1995 roku "Grupa Rafała Kmity" w programie "Kto odwalił kitę" sparodiowała telefoniczne quizy pewnej rozgłośni radiowej. Parodia była (wtedy) odważna, niemal absurdalna, a tematem była właśnie śmierć. Minęło 16 lat i skecz z kategorii "kabaret" trafił do kategorii "dokument"? Wygląda na to, że tak.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Jak skonstruować bombę

Podobno w internecie można znaleźć przepisy na bombę domowej roboty i - znów "podobno" - z takiego przepisu skorzystał Anders Breivik, niedawny bohater "jedynek" w światowych mediach.

Podejrzany milczy, policja nie może się doliczyć ofiar (a i nawet domniemanych wspólników), ale cały świat już wie: skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamski fundamentalista podniósł swoją zbrodniczą dłoń na miłujących pokój przypadkowych gości wyspy Utoya. Nagle nie obowiązuje święty fetysz "nie liczy się wymiar kary, ale jej nieuchronność". Nagle cały Postępowy Świat zachłystuje się zdjęciami z luksusowego norweskiego więzienia, bąkając coś o karze śmierci, dotąd wyklinanej jako skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamskie barbarzyństwo. Nagle wszyscy znają i komentują 1500-stronicowy manifest Breivika, cytując co smaczniejsze kawałki.

Oto istota współczesnego przekazu informacji.

Przez 2000 lat, odkąd Poncjusz Piłat zapytał Jezusa "co to jest prawda?", ale nie czekając na odpowiedź wyszedł pogadać z "opinią publiczną", niewiele się w kwestii prawdy zmieniło. Zmieniły się natomiast środki przekazu.

Jak skonstruować informacyjną bombę?

"News" wbrew nazwie wcale nie musi być aktualny. To już przeżytek. Nie ma znaczenia, czy bombą będzie wydarzenie sprzed minuty, sprzed lat, czy z mglistej przyszłości. W ostatnich tygodniach internetowym "newsem" było doniesienie o biskupie podejrzanym o przewóz dziecięcej pornografii (tyle że i przewóz, i podejrzenie, i nawet wyrok są sprzed kilku lat), ale i informacja o asteroidzie która - być może - przeleci blisko ziemi. Za 150 lat. Bombowy news nie musi być aktualny, ważne by ruszał.

Co ludzi rusza? Przestępczość. Spłacane kredyty. Bezczelność rządzących (i tych, którzy są z nimi utożsamiani).

No to jedziemy.

Zasuszony w książkach ekonomista bąknął coś, że może - prawdopodobnie - kiedyś - kursy na giełdach pewnie się zmienią? Zmienią się, to przecież prawa rynku, ale my mamy "newsa": "Wstrząsająca wiadomość: od jutra znów kryzys". W tekście może być cokolwiek, że właśnie nie "od jutra", tylko że za rok, albo wcale, ale to nie ma znaczenia. Im więcej emocji w tytule, tym lepiej.

Dziennikarz dowiedział się o jakimś obowiązującym od lat przepisie, na który księgowi dawno znaleźli pięć furtek? "Uwaga, pilne! Fiskus dobierze się do twoich pieniędzy!"

Tekst-bombę trzeba tworzyć z pewnością siebie, jakby podejrzenia były faktem. A więc - nie "biskup podejrzany o przewóz pornografii" ale "biskup przewoził pornografię". Nie "Kowalski zastanawia się, czy prezydent naciskał" ale krótko: "Prezydent naciskał". Żeby uniknąć spraw sądowych (choć, bądźmy szczerzy, kogo byłoby stać i komu by się chciało czekać 10 lat na wyrok) - można powtykać tu i ówdzie zmiękczacze w rodzaju "prawdopodobnie" lub "jak dowiedział się [tu wstaw tytuł medium dla którego piszesz]".

W tej ostatniej dziedzinie bezczelność (a może pomysłowość) nie zna granic. Opowiadał mi pewien aktor (nazwijmy go "Iksińskim"), sądzący się z redakcją pewnego publikatora (nazwijmy go "Brukowcem"), jak kiedyś na konferencji prasowej otrzymał pytanie z sali. Jakież było jego zdziwienie, gdy swoją wypowiedź - wyrwaną z kontekstu, ale to osobna historia -  przeczytał na łamach "Brukowca" okraszoną komentarzem "ujawnił Iksiński specjalnie dla naszej redakcji". Mało tego, potem w sądzie wydawca powoływał się na ten artykuł dowodząc, że nasz bohater sam, dobrowolnie udziela "Brukowcowi" wywiadów, więc nie powinien się z nim sądzić o naruszenie prywatności!

Cechą absolutnie niepożądaną u twórcy medialnej bomby są bowiem jakiekolwiek skrupuły. Nic to, że dzieci dowiedzą się z netu, na jakim sznurze powiesił się ich ojciec. Nic to, że leżący pod kroplówką maszynista zostanie uznany winnym katastrofy, zanim ktokolwiek go przesłucha. Nic to, że nieprawdziwego oskarżenia o pedofilię, molestowanie lub nawet zwykłą kradzież nie da się potem, ot tak, wymazać ze zbiorowej pamięci. Ma być bomba i już. 

Dobrym uzupełnieniem medialnej bomby jest sondaż opinii publicznej i możliwość wpisywania komentarzy. Tu Internet zdecydowanie góruje nad gazetami (lub czasopismami). Konsument mass-mediów lubi czuć, że zna się na wszystkim, więc i media pytają go o zdanie na każdy temat.
- Czy premier słusznie rozwiązał 36. splt? (nie szkodzi, że zajmuje się tym MON: to zbędny detal)
- Czy komisja trafnie wskazała przyczyny katastrofy smoleńskiej?
- Czy Marta Kaczyńska powinna dostać odszkodowanie?"
- Czy Muammar Kaddafi powinien się podać do dymisji?
- Jak oceniasz ostatnie zmiany kursu franka szwajcarskiego?
- Co sądzisz o samobójstwie Leppera?
(dostrzegasz manipulację w pytaniu, czy już nie?)
- Czy Barack Obama powinien zgodzić się na propozycje republikanów?
- Czy księża powinni żyć w celibacie?


Już można klikać "tak/nie", już można wpisywać komentarze pod artykułem. Im więcej będzie tam bluzgów i błędów językowych, tym lepiej.

Bomba ma tym większe rażenie, im bardziej emocjonalnej sprawy dotyczy. Emocjonalnej - czyli pobudzającej, ale na którą czytelnik nie ma żadnego wpływu. Nie ma wpływu, więc tym chętniej i mocniej się podnieci. Gdy Igrekowski podejrzany jest o molestowanie nieletnich (zwane u nas od razu - a co tam, że błędnie - pedofilią), w komentarzach i sondach aż huczy. Och, co by zrobili internauci (albo czego by nie zrobili)! To nic, że sami tolerują rubasznego wujka uwielbiającego "gilgać pod koszulką" dorastające dziewczynki, to nic że sami chętnie zawieszą oko na ciut bardziej rozwiniętej nastolatce. To nic, że pozwalają swoim ledwienastoletnim córkom na noszenie się jak studentki. "Już mu tam pod celą pokażą chłopaki, rok na tyłku nie usiądzie, hehe" - nagle wymiar sprawiedliwości w Polsce, za społecznym przyzwoleniem, mają wykonywać sami więźniowie! Co to jest, samopomoc koleżeńska?!

Żeby było jasne: uważam, że za tego rodzaju udowodnione przestępstwa należy ucinać genitalia przy samej szyi. Tylko że robić to powinien kat w majestacie sądowego wyroku, a nie "chłopaki spod celi"!

Wiktor Suworow pisał w jednej ze swoich książek o listach gończych rozsyłanych za uciekinierami z radzieckich więzień. Nie wolno ich było publikować w gazetach (choć przecież tam można umieścić zdjęcia), ale w radiu - proszę bardzo. Dlaczego? W tak policyjnym kraju ujęcie poszukiwanych było kwestią czasu, więc inny był cel listów gończych czytanych przez spikera i podawanych z ust do ust . Z ust do ust - a więc z ciągłymi przeinaczeniami. Kilku kieszonkowców kryjących się po lasach zamieniało się w stuosobową uzbrojoną bandę idącą na Moskwę. Słuchacze, których wolność wyboru niewiele odbiegała od karty dań w łagrowej stołówce ("możesz jeść albo nie jeść"), nagle zyskiwali poczucie sprawstwa. Mogli zdecydowanie i pryncypialnie potępić, podejrzliwie popatrzyć na każdego obcego, a nawet zażądać (naturalnie w rodzinnym gronie, bo na sądy też mieli zerowy wpływ) surowej kary dla zbiegów.

Właśnie, poczucie sprawstwa. Spójrz, jaki jesteś ważny, nabywco medialnej bomby. Skazując Breivika i doradzając Obamie, regulując kurs franka i reformując Kościół katolicki, jednoznacznie wskazując przyczyny katastrofy smoleńskiej i wypadku kolejowego w Babach pod Piotrkowem.

Właśnie to - i tylko to - świadczy o twojej ważności, zapamiętaj sobie! Musisz w to wierzyć. Inaczej (o zgrozo!) zechciałbyś zająć się sprawami, na które naprawdę mógłbyś mieć wpływ.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Zamiast jajek i zająca

Popatrz w niebo (jeśli czytasz to wieczorem), właśnie mamy pełnię księżyca. Gdy upływ czasu mierzono położeniem słońca i księżyca, ta pierwsza wiosenna pełnia była szczególna. 

Taką samą pełnię widzieli przebywający tysiące lat temu w Egipcie Izraelici. Zgodnie z tym, co przekazał im Mojżesz, pierwsza wiosenna pełnia miała być zakończeniem ich ponaddwuwiekowego pobytu poza ojczyzną, w tym prawie 100-letniej niewoli. Na pamiątkę tego wydarzenia do dziś Żydzi obchodzą Paschę i Święto Przaśników. Ponieważ właśnie w dniach tego święta Jezus Chrystus został uwięziony i stracony, do Paschy nawiązuje też Wielkanoc.

W jaki sposób Żydzi znaleźli się w Egipcie? Prozaicznie - przybyli tam "za chlebem". Mówiąc dzisiejszym językiem, ich praprzodek Józef w czasie kryzysu załatwił tam pracę swoim braciom. Osiedlili się w delcie Nilu, a potem rozmnożyli tworząc wielosettysięczną społeczność.

Zmieniły się jednak warunki. Nowy władca uczynił z tych wolnych ludzi niewolników. Możemy dziś zapytać - dlaczego od razu nie wzięli nóg za pas i nie wrócili do starej ojczyzny? Przecież nowe porządki nie nastały z dnia na dzień. Dlaczego od razu nie poszukali wolności, choćby i w ościennych krajach? Faraon miał silną armię, ale nie miał systemu PESEL, ani nawet spisu powszechnego w którym byłaby jakaś "narodowość izraelska" będąca "zakamuflowaną opcją antyegipską". Nawet w XX wieku zza żelaznej kurtyny, chronionej zasiekami, radarami i armią konfidentów ludzie uciekali "na Zachód", więc nie przekraczało to chyba możliwości Hebrajczyków w starożytnym Egipcie.

Jakkolwiek to nie wyglądało, faraon w końcu wzmocnił straże i zielona wyspa na morzu kryzysu stała się więzieniem. Dopiero po latach Żydzi doczekali się Mojżesza, który w imieniu Boga przekazał swoim rodakom wiadomość o możliwości opuszczenia kraju niewoli. Po długich negocjacjach z faraonem pojawiła się nadzieja. Ostatnim wspólnym posiłkiem w niewoli miała być wieczerza paschalna.

Wyobraź to sobie. Wszyscy Hebrajczycy odprawiają nowy, nieznany obrzęd przekazany przez Mojżesza - ich rodaka, a zarazem byłego egipskiego księcia. Przy wiosennej pełni księżyca zbierają się rodzinami i w pośpiechu zjadają pieczonego baranka lub koziołka z macą i gorzkimi ziołami, a zebraną z zabijanego zwierzęcia krwią mażą framugi swoich domów. Wspólny posiłek integruje, ale to tylko rytuał. Sam z siebie nie daje wolności.

Teraz zaczyna się prawdziwy wybór. Trzeba zebrać swój dobytek i ruszyć w nieznane. Trzeba bezpowrotnie zrezygnować z nadziei, że w tym znanym systemie rzeczy "kiedyś będzie lepiej", że kiedyś faraon zmieni politykę, albo że przyjdzie nowy i znów będzie jak za starych dobrych czasów. Dodatkowo trzeba spalić za sobą mosty - pożyczyć co się da kosztownego od swoich egipskich sąsiadów i wyemigrować bez zamiaru oddania długu.

Biblia donosi, że Hebrajczycy wcale nie byli konsekwentni w swym wyborze. Kiedy wszystko szło jak trzeba, śpiewali i tańczyli, ale gdy tylko pojawiały się niewygody, zaczynało się wzdychanie za niewolą. "Tam przynajmniej mieliśmy garnki pełne mięsa." "Lepiej było pozostać w niewoli u Egipcjan." "Po coś nas tu wyprowadzał?"

Fakt, w niewoli było znacznie łatwiej. Ktoś decydował co człowiek ma robić i w co wierzyć. Ktoś decydował, jak się ubierać i co jeść. Ktoś dbał o to, żeby w ogóle było co jeść. Ktoś wyznaczał miesięczną, tygodniową albo dzienną ilość pracy i wynagrodzenie za nią. Czy praca była sensowna, czy w ogóle była coś warta, czy nadzorcy ktoś za nią zapłaci - niewolnika to nie interesowało. "Ja tu tylko przenoszę kamienie - o, z tego miejsca w tamto". Można było sobie pożartować z nadzorcy, a nawet go nienawidzić, ale tylko po pracy i we własnym gronie. W oczy nikt mu tego nie powiedział.

Minęło półtora tysiąca lat z małym haczykiem i świątecznego baranka z gorzkimi ziołami jadł w wieczór przed aresztowaniem Jezus z apostołami. Minęły kolejne niecałe dwa tysiące i patrzymy na taką samą wiosenną pełnię.

Czasy się zmieniają, technologia się rozwinęła, ale księżyc jest ten sam i ludzka mentalność też niewiele się zmieniła. Tłum radośnie wychodził z Egiptu i ten sam tłum "szemrał", jak określa to Biblia, z powodu niewygód na wolności. Tłum witał Jezusa w Jerozolimie i ten sam tłum cztery dni później demonstrował na rzecz jego stracenia. Wydarzenia "niedziela palmowa" i "powieszenie Jezusa" miałyby tyle samo lajków na ówczesnym Facebooku. Tyle samo "Lubię to!" uzyskałyby "Pascha" i "Przejadła mi się manna".

Zjedzenie świątecznego posiłku z sąsiadami i krewnymi było przyjemne i proste, zwłaszcza że tej samej nocy pierworodni Egipcjanie - niezabezpieczeni znakiem krwi na drzwiach - mieli ponieść śmierć. Wybór "iść  czy nie iść" był już trudniejszy. Bóg dał Izraelitom sygnał do wyjścia, ale wyjść musieli już sami.

Ciekaw jestem, co sami byśmy wybrali w tej sytuacji, nie znając przyszłości.

Choć wędrówka przez pustynię była trudna i momentami niebezpieczna, choć podróżnicy nie ustrzegli się błędów, w końcu dotarli do Ziemi Obiecanej. Jej piękno i dostatek przekroczyły oczekiwania. Hebrajczycy musieli zmienić wiele w swoim życiu, z niewolników stać się samodzielnie myślącymi wolnymi ludźmi. Zamiast z obawy przed batem słuchać rozkazów nadzorców i faraona, nienawidząc ich a zarazem czcząc ich bożków, mieli zacząć świadomie słuchać przykazań jedynego Boga.

Co jest twoim Egiptem? Co cię ogranicza i niszczy, ale mimo wszystko w tym trwasz? Za czym zatęskniłbyś, choć to chore? Nałóg? Praca której nienawidzisz? Manipulujące tobą media? Towarzystwo, któremu chcesz zaimponować? Związek, który nie ma przyszłości? Religia która jest dla ciebie tylko pustym rytuałem i "wiarą ojców", a nie twoim światopoglądem? Coś, co nie ma dla ciebie znaczenia ale "wszyscy tak robią", więc i ty też? 

Co jest twoim Egiptem? I na co jeszcze czekasz, żeby z niego wyjść?

niedziela, 27 marca 2011

Będąc byłym abonentem

Porządkując domowe dokumenty znalazłem list dołączony do ostatniej faktury za telewizję cyfrową (ostatniej, bo kilka miesięcy temu definitywnie zrezygnowaliśmy z tego wynalazku). CYFRA+ "z przykrością przyjęła wiadomość o rezygnacji" więc - uwaga - "pragnąc zachęcić do pozostania w gronie abonentów" proponuje nam "40% rabatu na wybrany pakiet nawet przez 5 miesięcy" oraz dodatkowo 40% rabatu przez 10 miesięcy na kanał filmowy i sportowy.

List bardzo miły, ale mam wrażenie, że powinien być zredagowany nieco inaczej. Tak bardziej szczerze, na przykład coś w tym rodzaju:

"Drogi jeleniu! 
Rąbaliśmy cię dotąd na abonamencie, rocznie na jakieś kilka stów (może nawet tysiaka) i było całkiem miło. Skoro teraz odchodzisz, to pewnie zorientowałeś się że cena jest zawyżona (bo jesteśmy zbyt leniwi, by wymyślić inne powody Twojej rezygnacji). Prawda wyszła na jaw - cóż, nasze ryzyko zawodowe. 
Obniżamy ci więc opłaty prawie o połowę i dorzucamy dodatkowe produkty. Nie martw się: nie jesteśmy instytucją charytatywną, więc i tak nadal nieźle na tym zarobimy. Przyjmij więc naszą ofertę i cofnij swoją rezygnację, tylko nie mów tego tym ciołkom którzy nadal są naszymi klientami. W końcu sam do niedawna byłeś jednym z nich. 
Z poważaniem Twój Operator"

Nie brzmi to lepiej?

środa, 16 marca 2011

Zmierzch styropianowych idoli

(Podejrzewam, że temat tego felietonu - harcerstwo - zainteresuje nielicznych. Jeśli jednak nie jesteś harcerzem, potraktuj ten tekst jako kejs z zakresu zarządzania i edukacji. Trudniejsze terminy oznaczyłem gwiazdką* i wyjaśniłem pod tekstem.)

Harcerstwo to było moje dzieciństwo. Jedno z moich pierwszych - zamglonych - wspomnień kilkulatka to zbiórka rady szczepu* prowadzona przez mojego Tatę, też zapalonego harcerza. Pod wpływem tej organizacji upłynęło całe moje dorastanie, studia, wreszcie pierwsza praca zawodowa (zakończona przeze mnie trzaśnięciem drzwiami, o czym dalej). Ludzie którzy wywarli na mnie największy edukacyjny wpływ to w znacznej mierze instruktorzy harcerscy.

Po co ten wstęp?

"Twarde zasady rynkowe nie były dla nas łaskawe" - piszą we wspólnym liście Przewodniczący i Naczelniczka ZHP, informując o nałożeniu na wszystkich pełnoletnich instruktorów* tej organizacji jednorazowej dodatkowej składki, 80 złotych od osoby, na pokrycie kilkunastoletnich długów ZHP. Fora internetowe huczą, obciążeni składką instruktorzy protestują. Składka i dług to jednak wewnętrzne sprawy tego stowarzyszenia i nie o nich chcę tu napisać. Gorzej, gdy czytam komentarze w mediach. "Harcerze toną". "Ostatnia zbiórka harcerzy". "Czy harcerstwo upadnie?"

Nawet jeśli podzielić te sensacyjne tytuły przez 10, to coś się dzieje. Coś się na naszych oczach kończy, i to wcale nie z powodów finansowych.

Czy harcerstwo upadnie, jak piszą szukający sensacji dziennikarze? Nie. Po pierwsze harcerstwo to nie tylko ZHP, po drugie ZHP to nie tylko centrala. Organizacja w ciągu 12 lat zmniejszyła się o 75% - z tego co zostało, część to całkiem przyzwoite drużyny i szczepy. Upadnie co najwyżej byt prawny, stowarzyszenie które - znów cytując list jego władz - "nie było przygotowane na rynkową rzeczywistość".

Fakt, my Polacy - jak to zwykle - pomajstrowaliśmy przy genialnym wynalazku Baden-Powella*, tworząc z radosnego skautingu trochę mniej radosne harcerstwo. Fakt, harcerstwo (nie tylko ZHP) było nieprzygotowane nie tylko na rynkową rzeczywistość, ale w ogóle na zmiany cywilizacyjne. Fakt, nadal zostaje świetna metodycznie, choć malutka i przeznaczona tylko dla katolików organizacja "Zawisza FSE". Zostaje też ZHR, który kilka lat temu wreszcie zaczął budować swój wizerunek nie na negacji "tego czerwonego zethapu", ale na swoich własnych wartościach. Ale i tak szkoda.

Już widzę te apele: "ratujcie harcerstwo, to dobro narodowe". Naród już od dawna harcerstwo miał gdzieś, na własne życzenie tego ostatniego. Wizja Małego Powstańca co to z butelką benzyny atakował niemieckie czołgi jest może wzruszająca, ale trudno nią utrzymać entuzjazm narodu przez ponad pół wieku. Obozy harcerskie też przestały być atrakcyjną propozycją - i dla młodzieży (skoro wygodniej jest zjadać chipsy przy komputerze), i dla rodziców (ani nie są aż tak tanie, ani nie uczą samodzielności - z HACCP-em  zamiast kuchni polowej i toi-toiem zamiast latryny).

Gdy zaczynałem swój krótki epizod pracy w Głównej Kwaterze ZHP*, akurat w Polsce zaczynał rządzić AWS, który zakręcił kurki z państwowymi dotacjami dla ZHP. Nie było takiej obelgi, jakiej nie rzuciliby prominentni funkcjonariusze mojej organizacji na ówczesny rząd (choć jednocześnie umizgiwali się do nowych ministrów do granic obrzydzenia). Nagle okazało się, że największa "pozarządowa" organizacja w kraju nie może istnieć bez rządowych pieniędzy.

Czy te pieniądze docierały do drużyny harcerskiej w Augustowie albo czy ułatwiały organizację zbiórek zuchów w Lęborku? Spuśćmy zasłonę miłosierdzia, jak napisał Mark Twain, na to co się z nimi działo. Ani nie interesuje to czytelników tego felietonu, w większości nieharcerzy, ani nie ma w tej chwili znaczenia.

Ważniejsze jest to, co może być kejsem do podręczników zarządzania dla sektora NGO. A kejs jest boleśnie prosty: centrala oderwała się od tego, co było istotą działalności statutowej (a co działo się na tzw. dole, w drużynach) i całkowicie pogubiła się ideowo.

Liderzy ZHP przeoczyli moment, w którym organizacja przestała być masową organizacją dzieci i młodzieży PRL, przyjmującą w Sali Kongresowej 3-milionowego członka. Przeoczyli moment, w którym harcerstwo przestało być jedyną propozycją dla młodego człowieka. Zaczęli dryfować - od Wysp Złudzeń-Że-Da-Się-Utrzymać-Stare aż do Archipelagu Unowocześnimy-Się-Na-Gwałt-To-Nam-Uwierzą. ZHP niemal na każdym swoim zjeździe po 1989 roku majstrował przy części ideowej swojego statutu.

Pogubili się harcerze na górze. "Będziemy apolityczni" - ale jednocześnie będziemy nadskakiwać każdej kolejnej władzy i każdej aktualnie modnej ideologii (oczywiście pod pozorem "propaństwowości"). "Będziemy otwarci dla wszystkich" ("nie jak ten wstrętny ZHR") - ale zabiegając o szczególną przychylność Kościoła Katolickiego, daleko poza granice hipokryzji. Tu muszę się ugryźć w palce, by nie napisać więcej, bo w czasie epizodu na harcerskiej górze sprawy religijne miałem w swoim zakresie obowiązków. I to one - między innymi - zdecydowały o mojej rezygnacji z funkcji. Pewnych rzeczy znosić się długo nie da.

Pogubili się też harcerze na dole. Z internetowej listy dyskusyjnej ZHP odszedłem mniej-więcej między wątkiem o obozie harcerskim w stylu astrologicznym (tarot, te sprawy), a wątkiem o tym, że instruktor-homoseksualista to nic złego. No nie dałem rady. "Gdy nie wiesz dokąd chcesz dojść, obojętne którą drogą pójdziesz" - usłyszała Alicja w Krainie Czarów. To hasło powinno wisieć na stronach internetowych ZHP zamiast kompletnie nieprawdziwego sloganu "Tradycyjne wartości, nowoczesny program".

Za młody pewnie jestem, by mówić "a nie mówiłem", ale to aż się ciśnie na usta. Gdy 12 lat temu działałem w ZHP (wówczas czterystutysięcznym), żartowałem że oficjalny program władz tej organizacji nosi tytuł "ZHP 100.000". Dziś ZHP ma - podobno - 120 tysięcy członków. Jak na organizację elitarną - wciąż za dużo. Jak na masową, cóż... Szybko poszło, nie? Szybciej niż myślałem.

Nie, to nie żadna Schadenfreude z mojej strony. Harcerstwo to moje dzieciństwo, dorastanie i początek dorosłości, harcerstwu mój Tata poświęcił swoje życie. Jest mi po ludzku przykro, kiedy na moich oczach duża część tego ruchu traci resztki swojego społecznego zaufania. I czuję po ludzku wściekłość na tych, którzy do tego doprowadzili.

W zeszłym roku ZHP też miał pierwsze strony gazet, przy okazji obchodów stulecia harcerstwa. W Krakowie uroczyście odsłonięto pomnik twórcy polskiego skautingu, Andrzeja Małkowskiego. Trzeba go było zaraz schować do bramy, bo oprócz tego że był brzydki jak noc, to okazał się pomalowaną kupą styropianu...

Znikają styropianowi idole udający spiż. Co zamiast nich?

***
Bardzo uproszczone wyjaśnienia dla nieharcerzy:

Skauting - ruch założony w początkach XX wieku przez brytyjskiego generała Roberta Baden-Powella mający na celu wychowanie samodzielnego i honorowego człowieka przez zajęcia na świeżym powietrzu, współpracę w małych grupach i współzawodnictwo.
Harcerstwo - polska wersja skautingu (silniejsze są w niej wątki patriotyczne i paramilitarne).
Szczep - kilka drużyn harcerskich (drużyna z kolei to około 15-20 osób, kiedyś 20-30).
Instruktor - wychowawca-wolontariusz w organizacji harcerskiej (od 16 roku życia wzwyż).
Główna Kwatera ZHP - centrala organizacji, kierowana przez Naczelnika (obecnie Naczelniczkę).

poniedziałek, 7 marca 2011

Kłamstwo nasze powszednie

"Przesyłkę odebrałem" - podpisujesz na poczcie zawsze, gdy przychodzisz z awizo. Odebrałem? Przecież standardem jest szukanie paczki dopiero wtedy, gdy adresat ją pokwituje, a więc gdy potwierdzi nieprawdę. O odwrotną kolejność upomina się może promil promila, znienawidzony z tego powodu przez panie w okienkach i przez pozostałych klientów poczty.

"Zapoznałem się z regulaminem" - taaa, już w to wierzę, że podpisując te słowa rzeczywiście poświęcasz choćby minutę na przeczytanie tzw. drobnego druczku. Żeby daleko nie szukać: w swoim komputerze masz co najmniej kilka programów, przy instalacji których potwierdziłeś przeczytanie umowy licencyjnej, i to po angielsku. A gdyby tak któregoś dnia dowcipny programista dopisał, między standardowymi postanowieniami, zobowiązanie do oddania przez Ciebie nerki? Zauważyłbyś to? Przewijasz teksty takich regulaminów choćby dla świętego spokoju, czy od razu zaznaczasz "zgadzam się"?

"Zostałem/am pouczona o treści artykułu... paragraf..." - formularz o takiej treści podsunął mojej Żonie do podpisu kontrolujący ją policjant, gdy odmówiła przyjęcia mandatu.
- Ale czego dotyczy ten przepis? - zapytała czujnie Żona.
- Eee, nie wiem... To już pani w sądzie powiedzą.
- Ale to pan mnie ma pouczyć. Ja nie jestem prawnikiem.
- Ja też nie. W sądzie pani powiedzą.

I co? Jestem gotów założyć się, że 99% zatrzymanych kierowców podpisuje to "pouczenie" bez pytania. To że policjant nie zna treści przepisu, to oczywiście skandal (jego amerykański kolega ma zawsze przy sobie ściągę ze słynnym "Masz prawo milczeć..."). Ale co powiedzieć o tych, którzy podpisują nieprawdę na jego polecenie? Przecież za odmowę podpisu (i to takiego) nie zakują Cię w kajdanki ani nie spałują! Przynajmniej nie spotkało to mojej Żony.

Kłamiemy więc nawet wtedy, gdy przynosi nam to szkodę. A co wtedy, gdy kłamstwo daje konkretne, wymierne zyski?

Legenda głosi, że ktoś podobno zawarł umowę z bankiem lub towarzystwem ubezpieczeniowym tylko na podstawie dokumentów zażądanych przy pierwszej rozmowie z agentem, i że nie trzeba było niczego uzupełniać. Miało wystarczyć oświadczenie o stanie zdrowia? Cóż, "w trakcie procedury okazało się", że potrzeba jeszcze wyników badań za ostatnie trzy lata i karty szpitalnej sprzed lat dziesięciu. Uwierzyłeś, że bank zaufa Twojemu oświadczeniu o dochodach, jak obiecywał w reklamie? Naiwny głupcze, rezerwuj już sobie dzień na wyjazd do skarbowego po plik zaświadczeń, ewentualnie do księgowości po wydruki. "No właśnie się okazało, że w tym wypadku...".

Mechanizm jest perfidnie prosty. Podręcznikowa, cialdinowska technika "niskiej piłki": jeśli zaangażowałeś się łapiąc pierwszą atrakcyjną ofertę, to tak łatwo nie zrezygnujesz. To, że w ten sposób buduje się Twoją nielojalność już przy pierwszym kontakcie, marketerzy mają gdzieś. W razie czego będzie się z tym bujał dział utrzymania klienta.

Od banku wolisz loterię? Proszę, "Milion do wygrania!". Zacznijmy od tego, że nie cały milion, bo pomniejszony o podatek od wygranej, o czym reklama milczy. "Wyślij SMS a dostaniesz nagrodę" - ta praktyka jest akurat wyraźnie zakazana ustawą, ale co z tego? "Do wygrania 100.000!!!" - wrzeszczy z reklamy wyróżniona liczba, choć w tym akurat wypadku sto tysięcy to suma nagród, z których największa wynosi 100 złotych, i to pod dodatkowymi warunkami.

Sprawa robi się poważniejsza, gdy chcesz uzbierane pieniądze zainwestować. To, co dzieje się w branży budowlanej, to już prawdziwa granda. Dom z krzywymi ścianami i dziurami w posadzce bywa uznawany za zgodny ze sztuką, dopóki wkurzony klient po latach czekania w sądach i po tysiącach wydanych na rzeczoznawców nie udowodni, że jest inaczej. Trzeba było aż wyroku Sądu Najwyższego, by "protokoły odbioru" podpisywane na kolanie w dniu zakończenia budowy nie były traktowane jak cyrograf uniemożliwiający dochodzenie roszczeń od fuszerów.

Na drobnych kłamstewkach (lub "swobodnym podawaniu prawdy") jest zbudowany nie tylko biznes. "I nie opuszczę cię aż do śmierci"? Pięknie to brzmi, ale statystyka jest nieubłagana. Co roku w Polsce orzeka się 65 tysięcy rozwodów - to aż jedna czwarta liczby zawartych w tym czasie małżeństw. Twoje szanse na rozwód drastycznie rosną, jeśli Twoje małżeństwo nie ma jeszcze czterech lat. Z kolei po 13 rocznicy ślubu możesz uważać się za szczęściarza, bo tyle lat średnio trwają małżeństwa rozwiedzione. "Do śmierci" to przesada taka sama jak "do ostatniej kropli krwi" z wojskowych przysiąg: żołnierz ma krwi w żyłach jeszcze całkiem sporo, gdy kończy się jego udział w bitwie. Oba zwroty są jednak tak wzruszające, że nikt nie odważy się ich tknąć.

Przyrzeczenia abstynenckie składane "na komendę" przez dzieci przystępujące do katolickiej Pierwszej Komunii to już grubsza sprawa. Każdy wie, że to pic. Statystycznie do "osiemnastki" wytrwa bez jakiegokolwiek alkoholu (wliczając piwo) tylko jedno dziecko na dwadzieścioro. Każdy wie, że dzieci powtarzające antyalkoholową formułkę nie są jej nawet do końca świadome, przejęte uroczystością i prezentami. Kto w tym wypadku odpowiada za bluźnierstwo, "branie imienia Pana Boga twego nadaremno"? Dziewięcioletni dzieciak? Nadgorliwy ksiądz? Nieasertywni rodzice? Co jest gorsze: to, że "komunista" o obietnicy zapomni, zagubi ją wśród innych pobożnych formułek wyrecytowanych tego dnia, czy że - przeciwnie - zapamięta, a potem słowa nie dotrzyma?

Czy potem można się dziwić, że na podobnej bujdzie (czasem uroczystych zaklęciach, a czasem zwykłym oszustwie) opiera się także polityka i rządzenie Twoim krajem?

Miały być mieszkania dla młodych małżeństw (prawdziwe jak dyplom magisterski autora tej obietnicy). Miało być rozliczenie aferzystów, poległe niebawem w starciu z parlamentarną arytmetyką. Każdy minister proponujący podwyżkę podatków miał być przez pewnego premiera "osobiście wyrzucony z rządu" - tego samego rządu, który potem postanowił podatki podwyższyć, zarzekając się do ostatniej chwili, że to tylko plotka. Pomniejsze kłamstewka już nawet umykają uwadze; przyzwyczailiśmy się do nich, jak do dziur w drodze i smrodu w pociągach.

Uważaj na to znieczulenie. Jeśli prawda wyzwala, to co z Tobą robi wszechobecne oszustwo?

środa, 2 marca 2011

Było licencjatów wielu

"Maturę - haaa... - nie każdy musi mieć..." - mawiała z charakterystycznym sapnięciem profesor Szczepańska, matematyczka z mojego liceum. I chociaż sam matematycznym orłem nie jestem, wypada mi się z panią profesor zgodzić.

Niestety, od mojej matury świat poszedł do przodu, "postęp postępuje", i teraz nie tylko maturę, ale i dyplom każdy musi mieć. Choćby był to bezwartościowy świstek, dumnie figuruje w niemal każdym CV.

Ma to jednak swoje konsekwencje.

Media zachłysnęły się niedawno wynikami badań przeprowadzonych wspólnie przez Bibliotekę Narodową i OBOP. Otóż okazało się, że 56% Polaków nie czyta książek - a do "książek", co ważne, zaliczono w tym badaniu albumy i poradniki kucharskie. Co więcej, Polacy nie czytają nawet stron internetowych wymagających więcej niż dwóch kliknięć (czyli mój blog jeszcze się nie łapie). Zaledwie 12% badanych przeczytało w ubiegłym roku więcej, niż 6 książek.

Szczególne zaniepokojenie badaczy wzbudził jednak fakt, że książek nie czyta aż co piąty Polak z wyższym wykształceniem, w tym pełniący funkcje kierownicze.

Dziwi to kogoś? Mnie to nie dziwi. Zanim wyobrazisz sobie nieczytających profesorów i wtórnie niepiśmiennych dyrektorów przedsiębiorstw, zastanów się, kto to taki ten "wyżej wykształcony" i "kierownik". Dla statystyka kierownikiem jest "menedżer do spraw kluczowych klientów", ale jego kolega "handlowiec", mimo identycznego zakresu obowiązków - już nie. Dla statystyka nie ma różnicy między magistrem filozofii po Uniwersytecie Warszawskim, a licencjatem kosmetologii z Wyższej Szkoły Zawodowej w Czarnej Dziurze, powiat hrubieszowski.*

Nie wartościuję: licencjat kosmetologii ma (poza idiotycznym tytułem) twardy, porządny zawód, a "mgr" - o ile nie zostanie na uczelni kształcić kolejnych bezrobotnych - może sprzedawać frytki w budce przed czarnodziurską Alma Mater. Faktem jest jednak, że studia filozoficzne rozwiną czytelnicze potrzeby bardziej, niż - by zostawić już w spokoju tę nieszczęsną kosmetologię - licencjat z marketingu i zarządzania.

Rozwiną, bo sam nawyk czytania bierze się z domu i albo się go ma, albo nie. Moja babcia, świetna krawcowa, czytała całe życie - w przeciwieństwie do znanych mi doktorów renomowanej uczelni. Dyplom nie ma tu nic do rzeczy, zwłaszcza w kraju z inflacją dyplomów.

I tu jest pies pogrzebany: biadanie nad miernym czytelnictwem i ogólnie erudycją osób z dyplomem jest hipokryzją, jeśli wcześniej pozwalało się (i pozwala nadal) na rozdawanie dyplomów na lewo i prawo.

To jakby przymknąć oko na fabryczny brak hamulców w samochodach - ba, ustawowo zezwolić na taką oszczędność i uznać ją za normę - a potem dziwić się, że wzrosła liczba wypadków.

Można się oczywiście śmiać z sondażu opublikowanego kiedyś w "Newsweeku", według którego tylko 66% Polaków wie, że Ziemia nie jest centrum wszechświata (a 11% nie jest pewnych). Można się pośmiać z ulicznych sond, według których w 1991 roku w Niemczech upadła Trzecia Rzesza. Ale co tam sondy: mój znajomy teolog dowiedział się niedawno od egzaminowanej studentki pedagogiki, że Księga Wyjścia opisuje wyprowadzenie chrześcijan z Egiptu przez Jezusa... Kopiowanie prac zaliczeniowych - już nie od mądrzejszego kolegi, ale z Wikipedii - staje się powoli normą, o ile już nią nie jest.

Takie "kwiatki" nie są jednak przejawem nieuctwa tej czy innej osoby, ale świadczą o szerszym zjawisku. Właśnie o inflacji wykształcenia. Kiedyś panienka od Księgi Wyjścia nie pomyślałaby nawet o pójściu na studia, tylko zdobyła nieprzekraczający jej możliwości zawód lub została bogato wydana za mąż. Tłumy dziewiętnastolatków nie szturmowałyby dziekanatów "marketingu i zarządzania", gdyby ktoś im nie wmówił, że wtedy będą bardziej wartościowymi ludźmi.

(Przy okazji polecam artykuł mojego kolegi, profesora Adama Wielomskiego; znajdziesz go klikając w TEN LINK. Baaardzo ciekawe obserwacje, w dodatku pochodzące od praktyka.)

Wmówiono więc tysiącom młodych ludzi opuszczających szkoły średnie, że nie tylko "maturę - haaa... - każdy musi mieć", ale że dodatkowo każdy musi mieć jeszcze dyplom wyższej uczelni. Był popyt, pojawiła się więc podaż. W każdym mieście pojawiła się więc "wyższa szkoła zawodowa" lub choćby "koledż". Dawne "wyższe szkoły pedagogiczne" to dziś "akademie", a dawne "akademie" to "uniwersytety przymiotnikowe". Zastanawiałem się nawet, czy - konsekwentnie - dyplomy starych uniwersytetów nie zostaną awansowane na "Nagrody Nobla", ale tu zdaje się jakieś prawa mają Szwedzi.

Kiedyś młodzież opuszczała rodzinne pielesze, by zdobywać mądrość i obycie w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu czy Warszawie. Kto nie miał szczęścia urodzić się w jednym z takich miast, zarazem uczył się samodzielnego życia na stancji lub w akademiku. Dziś dyplom magistra można zdobyć w takich bogato wyposażonych w biblioteki, teatry i pozostałe kulturalne zaplecze tradycyjnych ośrodkach akademickich jak Wołomin, Ryki czy Józefów. Nie mam nic do tych miejscowości, jednak pięć lat studiów to chyba jednak coś więcej niż słuchanie wykładów i wkuwanie podręczników. Ostatecznie to można robić także on-line.

Można więc mieć dyplom, ale nie mieć nawyku czytania. Pal jednak sześć czytanie. A kojarzenie faktów, znajdowanie analogii, posiadanie własnych (!) poglądów i umiejętność ich uzasadnienia? Można należeć statystycznie do inteligentów, ale nie mieć inteligencji: "zdolności do postrzegania, analizy i optymalnej adaptacji do zmian otoczenia". Można mieć dwa fakultety, ale nie umieć się zachować w grupie. Można mieć formalnie wyższe wykształcenie i nie mieć podstawowych umiejętności społecznych.

Za kilkanaście lat - o ile ten świat jeszcze tyle potrwa - właśnie takich będziemy mieli wykładowców, szefów, urzędników i polityków. Już zaczynamy takich mieć - ale wciąż jeszcze możemy się temu dziwić. Dziś możemy się śmiać z gaf prezydenta, z bełkotu w urzędniczych pismach, z nowomowy w kazaniach. Za 10-15-20 lat może się okazać, że już nie ma się kto śmiać razem z nami, bo nikt nie czyta niczego, co jest dłuższe od wpisu na Twitterze.

Nic to, że nie czyta: gorzej, że nie rozumie, bo nie myśli samodzielnie. 

Ten felieton miał 878 wyrazów, czyli więcej, niż opis koncertu Jankiela z "Pana Tadeusza". Przeczytałeś? Gratuluję!


*Skoro jesteśmy przy licencjacie: w Citibanku (w którym chyba wszyscy pracownicy mają jakiś dyplom) wyższe wykształcenie klienta wpisuje się do jego danych jako "magistrat"...