czwartek, 27 stycznia 2011

Select language: polski

Ledwie umieściłem felieton "Niech cię licho, Heinrich", gdy rzeczywistość dopisała do niego ciąg dalszy. Otrzymaliśmy właśnie z Żoną radosną wiadomość od banku obsługującego nasze konto firmowe. Autentyk, i to świeży, więc cytuję:

"Do Systemowy Użytkownik
Temat Przelewy z kart obciążeniowych / kart kredytowych w PekaoFIRMA24
Szanowni Państwo,
Uprzejmie informujemy, że w systemie PekaoFIRMA24 została udostępniona funkcjonalność wykonywania przelewów w ciężar kart kredytowych / kart obciążeniowych na rachunki własne prowadzone w Banku Pekao S.A.
Aby uruchomić nową funkcjonalność wystarczy skontaktować się z Doradcą w Oddziale banku. Na etapie uruchamiania mogą Państwo zdecydować, którzy użytkownicy systemu PekaoFIRMA24 powinni mieć dostęp do nowej funkcjonalności oraz wybrać karty, z których możliwe będzie zlecenie przelewu.
Przelewy z kart realizowane są 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Opłata z tytułu realizacji takiego przelewu została określona w "Taryfie prowizji i opłat bankowych dla Klientów Biznesowych (małe i mikro firmy)".
Więcej informacji na temat nowej funkcjonalności mogą Państwo uzyskać na Infolinii PekaoFIRMA24 pod numerem [...].
Z poważaniem
Bank Pekao S.A."
Fajnie, cieszę się że mam nową możliwość. Prawdę mówiąc, wolałbym aby ten system po prostu działał "24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu", co niestety dziś wydaje się dla banku standardem nieosiągalnym. Ale, niech tam, ważne że coś robią.

Tylko po jakiemu to jest napisane???!!!

Skąd oni wzięli "funkcjonalność wykonywania przelewów w ciężar kart"? Z protokołów KC PZPR? Nie, wtedy nie było kart kredytowych. Gdyby nie to, że przez ładnych parę lat pracowałem w księgowości, może bym też uwierzył, że tak rozmawiają księgowi. Ale nie, też pudło. A więc kto posługuje się takim językiem?

Czy normalny klient mówi do swojej żony, normalnej klientki:

- Wiesz, kochanie, muszę wykonać przelew w ciężar naszej karty kredytowej.
- Och, misiu, a czy mamy już udostępnioną taką funkcjonalność?
- Jako systemowy użytkownik powinnaś już to wiedzieć.. tfu, to jest powinnaś posiadać taką wiedzę.

A może raczej:
- Kochanie, czy wiesz że od dzisiaj możemy robić przelewy z karty?
- Całą dobę?
- Tak,  wystarczy zadzwonić.

Czy to jest naprawdę takie trudne, napisać to po polsku i zrozumiale?

Czy każdy kto ma w Polsce odrobinę władzy - od prezydenta przez urzędnika bankowego aż do pokurcza stojącego z walkie-talkie przy wejściu do hipermarketu, zwanego żartobliwie "agentem ochrony" - musi od razu posługiwać się napuszoną nowomową? Przecież na co dzień - podejrzewam - ci sami ludzie mówią zrozumiale ("barman, poproszę dwa piwa", a nie "panie doradco konsumencki, chciałbym uruchomić funkcjonalność browarniczą, sztuk dwie"). Co się zatem dzieje?

Dlaczego menedżer który mówi do kolegi "lecę stary, muszę jeszcze ochrzanić Kowalskiego za spóźnienie" za chwilę wzywa tego Kowalskiego "celem udzielenia mu negatywnej informacji zwrotnej w obszarze dyspozycyjności"?

Co takiego sprawia, że siadając przed służbowym komputerem lub telefonem - szczególnie w urzędzie lub wielkiej korporacji - ludzie od razu zaczynają rzucać "funkcjonalnościami", "czasookresami" i "posiadaniem wiedzy"? Dlaczego zaczynają robić wszystko "w dniu dzisiejszym" (zamiast po prostu "dzisiaj"), "estymować" (zamiast "szacować" lub "przewidywać") i wszystko mieć "dedykowane" (zamiast "przeznaczone")?

Po co to robią ? By poczuć się ważniejsi? Mądrzejsi? Wyleczyć kompleksy?

A może to taki wyrafinowany sposób okazania pogardy klientowi: "Musimy cię poinformować, ale mamy cię w wielkim żubrzym dupsku z naszego logo, więc napiszemy tak, żebyś nie zrozumiał, tępaku"?

Po co komu język, który nie służy do komunikacji?

niedziela, 23 stycznia 2011

Niech cię licho, Heinrich

"No, ja się nie chcę wymandrzać..." - zastrzegła wczoraj księgowa pięciogwiazdkowego hotelu w rozmowie z moją Żoną. Jej kolega z innej firmy poproszony przeze mnie o dodatkowe informacje powiedział, że zna je tylko kierownik, a jego chwilowo "nie ma na obiekcie". To znaczy - w biurze. Szukający mnie telemarketerzy regularnie nie odmieniają mojego nazwiska lub je przekręcają, mimo że czytają z ekranu komputera, który mają przed nosem. "Czy rozmawiam z panem Jerzy yyyy... yyyy... Rządkowski?"

Bartek Stolarczyk, mój szkoleniowy partner, wydaje właśnie podręcznik sprzedaży telefonicznej i podsuwamy mu z Agatą co ciekawsze kwiatki jako przykłady do kolejnych książek. Telemarketingu Bartek nauczy, bo to fachowiec, ale na naukę języka polskiego pewnie jest już za późno. Teraz można już tylko mieć pretensję do "pani" od nauczania początkowego. "Żadne studia nie zastąpią gruntownie ukończonej szkoły podstawowej", mawiał mój Tata, inżynier z duszą humanisty i pasją przyrodnika, a ja się pod tym podpisuję obiema rękami.  

Język większości Polaków przypomina więc ściek - i nie chodzi mi tu wcale o dosadne słowa, bo czasem tylko wulgaryzm oddaje rzeczywistość za oknem.

Nagminne przedstawianie się od nazwiska ("Kowalski Jan"). Masakrujące uszy "włanczanie". Skopiowane z urzędniczej nowomowy "w dniu dzisiejszym" i "w miesiącu lipcu". Pisanie i mówienie "w cudzysłowiu". Pseudoelokwentne "w każdym bądź razie" i "bynajmniej" (w błędnym znaczeniu "przynajmniej", zamiast "ani trochę"). "Tą książkę" zamiast "tę książkę". "Na magazynie" i co gorsze "na sali (szkolnej)". Obleśne "przyszłem i poszłem". Cholera, nawet głupi komputer poprawił mi to przed sekundą na "przyszedłem i poszedłem". Nawet komputer!

Czasem czuję się jak Adaś Miauczyński z "Dnia świra" - uczą się tego wszyscy w szkole i na kursach i wszystko jak krew w piach, "w càłej Pòlsce, k...!"

Odkąd hitem poradni psychologicznych stało się "zaświadczenie o dysleksji", całe masy poczuły się zwolnione od jakiejkolwiek umysłowej aktywności i pracy nad sobą. "Pszeprazsam za błendy ale mam dyzlegsje" - pisze co drugi uczestnik forum internetowego, który nie ma żadnej dysleksji, tylko śmierdzące lenistwo. Sprawdzanie pisowni jest przecież dostępne w komputerze po paru kliknięciach. Cóż, sam miałem - jakby to dziś nazwać - "zaświadczenie o dyswuefii", co wynikało bardziej ze wstrętu do sportu niż z lenistwa. Mam jednak wrażenie, że całe pokolenia Polaków zapadają dziś na dysscholię.

Problem jest bowiem poważniejszy, niż tylko przestrzeganie reguł gramatyki i ortografii. Polska szkoła wypuszcza każdego czerwca kolejne dziesiątki tysięcy ludzi, którzy nie rozumieją prostego tekstu, którzy nie kojarzą faktów, którzy nie potrafią odczytać najprostszych literackich czy historycznych aluzji. Bo i niby jak ma to potrafić ktoś, dla kogo cała literatura to "Gala" i "Fakt", a obowiązek przeczytania jednej książki do egzaminu jest aktem prześladowania studentów, faszyzmem prawie równym odebraniu zniżki na pociąg podmiejski? Nie czytają więc, a jeśli nawet, to nie rozumieją. Sorki, offcoz "nie rozumią".

"Nie rozumią" i nie mają motywacji, aby rozumieć. Jeśli wierzyć mediom, przewodnią siłą narodu są "młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków", a oni wszystko robią dobrze z definicji, co nie? Tak naprawdę to tylko "młodzi". Do "dużego ośrodka" dojeżdżają póki co rannym pociągiem, a wykształcenie to dumny licencjat w Wyższej Szkole Marketingu, Zarządzania, Pedagogiki, Turystyki, Nauk Politycznych i Wszystkiego Najlepszego. Podsłuchałem kiedyś rozmowę dwóch studentek takiej wszechnicy (wiem, to brzydkie, ale mówiły naprawdę głośno). "Jak można za błędy ortograficzne obniżać ocenę z kolokwium?!". Fakt, skandal. Najpierw trzeba było wychłostać polonistkę z podstawówki i rozstrzelać dyrektora liceum, który podpisał się pod maturą.

Żeby oddać sprawiedliwość, zjawisko dotyczy nie tylko wytapetowanych na różowo blondi, biednych ofiar owczego pędu po bezwartościowe dyplomy. Szkolne braki mają często ich wykładowcy, księża i wysocy funkcjonariusze publiczni, czyli - teoretycznie - elita narodu.

Swego czasu jeden z polityków komentując "spontaniczny" protest pewnej grupy zawodowej zasugerował zewnętrzną inspirację tego protestu. Błąd owego działacza polegał na tym, że uczynił to słowami "inni szatani byli tam czynni". Cóż to się działo! Połowa jego politycznych rywali poczuła się obrażona porównaniem ich do diabła (jak leciało to przysłowie o nożycach i stole?). Reszta posądzała autora wypowiedzi o szaleństwo przejawiające się wiarą w szatana. Zastanawiająca, nawiasem mówiąc, w katolickim kraju ta niewiara w osobowe zło... Nikt jednak z naszych światłych przedstawicieli - ani opisujących spór dziennikarzy - nie pokumał, że to cytat z "Chorału" Kornela Ujejskiego ("Z dymem pożarów"), jednego z polskich hymnów.

("A to jest jakiś inny hymn poza Mazurkiem Dąbrowskiego?" - uprzedzam zdziwione pytanie szczęśliwych posiadaczy świadectwa maturalnego.)

Kiedyś czytałem o projekcie Heinricha Himmlera z czasów II wojny światowej. Szef SS marzył o przekształceniu Polaków w lud niewolników, a służyć miały temu zmiany w szkolnictwie. Polak miał tylko umieć się podpisać, liczyć do 500 i oduczyć własnego myślenia. Polacy mieli więc posłusznie słuchać tego, co im władza przez uliczne szczekaczki do wierzenia podaje i umieć skrobnąć swoje nazwisko pod czymś, czego nie rozumieją (nie tylko z powodu drobnego druku).

Tak więc na dzień dzisiejszy nie chcę się wymandrzać, ale w takim bądź razie Kowalskie Jany nie umią w życiu zastosować tego, co się na sali szkolnej jako Jasie uczyły. Tą obserwację mam bynajmniej cały czas, włanczając w to miesiąc styczeń dwutysięcznego jedenastego roku.

Niech cię licho, Heinrich. Wykrakałeś.

środa, 19 stycznia 2011

Na kursie i na ścieżce

W badaniu przyczyn katastrofy lotniczej jest istotne, kto i kiedy popełnił błąd. Nauka pilotażu to w dużej części "case studies" niedopełnionych procedur. Rzadko kiedy katastrofę powoduje przypadkowy piorun, którego w danym miejscu i czasie nie powinno być. Częściej jest to błędna komenda, niedokręcona śruba lub nieuwzględnienie jakiejś informacji. To wszystko jest ważne, by podobnych zdarzeń uniknąć w przyszłości.

W przypadku katastrofy państwa - okoliczności są ważne tylko dla historyków. "Historia uczy, że historia niczego nie uczy". Przypadki Argentyny, Grecji, Portugalii czy Polski będą ciekawostką na studiach (pytanie, czy zrozumiałą, patrząc na pikujący w dół poziom studentów). Może jeszcze jakiś publicysta w odległym kraju użyje ich jak przestrogi ("oj, żebyśmy tylko nie skończyli jak Polska") i...

...i tyle. Rządzenie przy pomocy propagandy sukcesu (pomieszanej z propagandą nienawiści do konkurencji), szastanie publicznymi pieniędzmi i arogancja  władzy są zbyt silnie związane z zawodem demokratycznego polityka, by zmienił to kazus jakiejś odległej Polandii czy Islandii. Widocznie byli nieostrożni albo mieli pecha, ci Polacks. Nam się uda.

Dalej więc nasi aktualni władcy będą kreatywnie kombinować, jakby tu ukryć rosnący publiczny dług. "Może nie policzymy, koledzy, podatku na emerytury i nazwiemy go składką na ubezpieczenie? Może podwyższymy o 16% podatek na ubranka dziecięce i dorżniemy 23-procentowym VAT-em  firmy szkoleniowe? A może zrabujemy pieniądze obywateli wysyłane do drugiego filaru? O emeryturę i tak każdy musi się postarać, a poziom nauczania historii w szkole jest tak denny, że nikt nie pokojarzy tego z komunistyczną nacjonalizacją sprzed pół wieku. Wiemy, bo sami, koledzy, położyliśmy szkolnictwo w tym kraju."

Jednak cokolwiek by nie robili, nic nie powstrzyma zbliżającej się katastrofy publicznych finansów. Ani opodatkowanie niemowląt, ani rozpoczęcie likwidacji rynku wolnych usług edukacyjnych, ani kradzież OFE. To jest jedna z tych rzeczy, których historia uczy wyjątkowo nieskutecznie: przebieg może być różny, upadek państwa może nadejść szybko lub jeszcze szybciej, ale nadchodzi. Nigdy nie pojawia się na horyzoncie kawaleria z odsieczą.

Bal na Titanicu trwa więc w najlepsze, prezydent z premierem bawią nas codziennie kolejnym odcinkiem komedii pod tytułem "Odchudzamy administrację o 10%". Od czasu do czasu w niebo wytryskują fajerwerki w rodzaju "Cała Polska walczy z dopalaczami", "Parytety dla kobiet - 35 czy 50%?" albo "Jeden z pasażerów tupolewa miał nieważną kartę rowerową". Tradycja ta jest bardzo stara. Już w starożytnym Rzymie lud żądał chleba i igrzysk, ale w braku chleba zadowalał się i samymi igrzyskami.

Na dodatek nasi władcy są w tej szczęśliwej sytuacji, że dysponują całkiem sporą rzeszą ogłupiałych zwolenników. Oni bez zastanowienia poprą najbardziej absurdalny pomysł i najbardziej łajdackie posunięcie rządu. Na internetowych forach grupa ta doczekała się nawet własnego określenia - "lemingi" - ku czci mało rozgarniętych zwierzątek biegnących stadnie na oślep, choćby i ku własnej zagładzie.

"Tak, tak, tak musi być". "Tak, tak, to dla naszego dobra". "Jeśli ci się nie podoba, to jesteś oszołom, moherowy beret i popierasz Łukaszenkę". Oto język leminga.

Podwyższają Ci podatki? "Tak, tak, tak musi być."

Wysyłają Twoje dziecko rok wcześniej do szkoły żeby "miało lepszy start"? "Tak, tak, to dla naszego dobra."

...ale potem zakazują uczyć to dziecko czytać i pisać w wieku przedszkolnym, mimo że się do tego garnie? I mimo, że przedszkolanki są gotowe to robić, a Ty jako rodzic sobie tego wyraźnie życzysz?  "Tak, tak, tak musi być."

Prezydentka największego miasta w Polsce mówi, że "do śniegu się można przyzwyczaić", więc o odśnieżaniu ulic zimą przez służby komunalne możemy niebawem zapomnieć?  "Tak, tak, to dla naszego dobra."

Biorą od Ciebie odciski palców przy wyrabianiu paszportu? "Tak, tak, tak musi być."

Każą ci wyrabiać kolejną wersję dowodu osobistego, z czipem albo bez, choć są kraje znacznie większe od Polski, które w ogóle obywają się bez takich dokumentów? "Tak, tak, to dla naszego dobra."

Zresztą, kto by się przejmował takimi drobiazgami, skoro wszystko idzie w dobrym kierunku. Jesteśmy zieloną wyspą na oceanie światowego kryzysu, a o szóstej rano dzwoni do drzwi mleczarz zamiast siepaczy z CBA. Mimo przejściowych trudności nadal wiele znaczymy w transporcie kolejowym, a Stadionem Narodowym mówimy niedowiarkom, że to nie jest nasze ostatnie słowo.

Grunt więc, że wszystko jest "na kursie i na ścieżce". A kto nie wierzy, ten syf.

wtorek, 7 grudnia 2010

Stoi na stacji lokomotywa (345 minut)

Pisząc ten tekst (7 grudnia, 21:45) jadę pociągiem InterCity z Krakowa do Warszawy. Właśnie musiałem kupić od konduktora nowy bilet, choć już jeden miałem. Zamiast odstać swoje w kolejce na dworcu PKP, poprosiłem bowiem o kupienie biletu moją Żonę, ona zaś postanowiła skorzystać z Internetu i zapłacić swoją kartą. Błąd! Wytknął mi go ów konduktor - na bilecie są dane właściciela karty (czyli mojej Żony), a na fotelu w pociągu są moje pośladki. Ta jaskrawa niezgodność powoduje, że mój bilet jest nieważny.

Czy spółka PKP-IC sprzedaje miejsca imienne, jak w samolocie? Nie. W każdej kolejowej kasie będąc zupełnie anonimowym Nikim mogę kupić dowolny bilet na dowolny pociąg i dać go dowolnie wybranej osobie. Czy mając w bazie imię i IP nabywcy biletu wyśle mu imieninowe życzenia? Nie.

Nie jest to też - o dziwo - kolejny wyrafinowany sposób na wyciągnięcie pieniędzy od pasażerów. Z tego co mówił konduktor moja reklamacja zostanie rozpatrzona pozytywnie i dostanę zwrot pieniędzy za jeden bilet (ten internetowy). Zobaczymy.

Konduktor wypisał nowy bilet. "Ja tylko wykonuję polecenia" - stwierdził, co jakoś dziwnie mi się historycznie skojarzyło. Czasem "tylko wykonywanie rozkazów" oznacza wysłanie do gazu paru milionów ludzi. Tu na szczęście skończyło się tylko na wysłaniu mnie i jeszcze kilku współpasażerów do bezsensownej kolejki na Dworzec Centralny w Warszawie. Tam też tylko wykonują rozkazy, więc kobieta w okienku rozpatrzy moją reklamację. Sprzątaczka dworcowa zamiecie błoto po kolejce innych czekających do tego samego okienka w podobnych sprawach. Ktoś podstempluje, ktoś zatwierdzi, ktoś policzy, ktoś wepnie do segregatora. Pasażeroreklamacje wejdą do opasłych sprawozdań razem z tonokilometrami, osobodobami i innymi statystycznymi potworkami.

Ta nikomu niepotrzebna praca będzie trwała, trwała i trwała, przerwana co najwyżej na chwilę kolejnym strajkiem kolejowych związkowców. Wąskie strużki reklamacji w bzdurnych sprawach codziennie zlewają się w wielką rzekę bezsensownej roboty, dającą życie tysiącom ludzi w tysiącach instytucji, które bez tego byłyby zbędne. Kolej (a właściwie jej wszystkie rozpączkowane spółki-matki i spółki-córki). Poczta. Firmy dostarczające gaz i prąd, które mimo nowoczesnego wizerunku są często polakierowaną wersją PRL-u. Urzędy.

Czy to jest naprawdę takie trudne: sprawdzić gdzie na świecie jest najlepsza poczta, najmniejsza biurokracja, najsprawniejsza służba zdrowia i najbardziej przyjazna kolej, a potem po prostu skopiować?

Czy w czasie kolejnej "wizyty studyjnej" prezes PKP nie mógłby, między jednym szampanem a drugim, zapytać swojego szwajcarskiego kolegi: "Słuchaj, Hans, jak ty to stary robisz, że te wasze Bahnen są takie czyste i punktualne? Fersztejen, Hans? Bo my w Polen niśt fersztejen."

Albo czy nie mógłby chociaż zadzwonić do Jona ze Sztokholmu i zapytać, jak szwedzkie koleje radzą sobie ze śnieżycami, bez ogłaszania "ulegnięcia opóźnieniu o 345 minut"? Tym ostatnim szczególnie byłaby zainteresowana moja Żona, podróżująca ostatnio do Poznania.

O tym, że dyrektor Poczty Polskiej zadzwoni z podobnym pytaniem do swojego kumpla Johna z Royal Mail nawet nie marzę.

Na razie jest więc tak, że przez Internet mogę kupić bez problemu bilet do teatru, bilet do kina i w ogóle zapłacić komukolwiek za cokolwiek, chyba że jest to bilet PKP.

Jeśli przez najbliższą godzinę mój pociąg nie "ulegnie opóźnieniu" przez coroczną zimę stulecia, która - cóż za niespodzianka! - przyszła do nas w grudniu, to może jeszcze dziś sprawdzę reklamacyjną procedurę PKP.

Powymyślali jakieś internety. A dalej, w kolejkę stać i morda w kubeł! Postoi na śmierdzącym dworcu przed okienkiem ze sfrustrowaną życiem kasjerką, to inaczej zacznie gadać!

sobota, 4 grudnia 2010

Kiedyś

Pochodzę z Piotrkowa Trybunalskiego. Jeżeli jeździsz trasą Warszawa-Katowice, to mijasz Piotrków z boku, między motelem w Polichnie, a wielką bełchatowską hałdą wyrastającą znienacka z równiny koło Kamieńska. Z trasy widać szare blokowiska, choć ja pamiętam swoje miasto jeszcze bez nich. Tam, gdzie dzisiaj dwupasmowa ulica prowadzi wśród bloków do wielkiego, postmodernistycznego kombinatu parafialnego, kiedyś malownicza wąska droga biegła wśród ogrodów do pachnącego kadzidłem i żywicą małego drewnianego kościoła.

Mimo wszystko, nadal między betonowymi klockami można dostrzec urok tego miasta, jeszcze majaczący pod warstwą powszechnej bylejakości. Utrzyma się? I jak długo?

W Piotrkowie mojego dzieciństwa całe życie toczyło się niegdyś wokół jednej fabryki. Jednego "zakładu pracy", jak mówiono w PRL. Oczywiście były i inne "zakłady", ale i tak najważniejsza była "Pioma". "Pioma" produkowała maszyny górnicze i była prawdziwym potentatem. Miała swoje osiedla, swój klub sportowy i swój stadion, wybudowany na ostatnie komunistyczne dożynki. Miała swoje szkoły i przychodnię lekarską. Parę tysięcy dzieci pracowników jeździło w wakacje na zakładowe kolonie lub z rodzicami na wczasy do zakładowych ośrodków. Dzieci dostawały też od fabryki paczki na święta, a zmarli pracownicy - orkiestrę górniczą na pogrzebie. Miasto w mieście.

Oczywiście po bankructwie PRL wiele się zmieniło. Maszyny górnicze nie były już tak potrzebne, więc fabryka chwytała się jakichkolwiek zamówień, byle tylko utrzymać malejącą produkcję. Pozbyła się mieszkaniowo-sportowego imperium, które stało się zbędnym balastem. Na miejscu dożynkowego stadionu zbudowano supermarket.

Kilkanaście lat temu miałem w swoim życiu ciekawy epizod - ukończyłem szkolenie dla agentów ubezpieczeniowych. Uczono nas tam, jak rozmawiać z klientami, jak obliczać składki i oczywiście jak sprzedawać polisy. Ostatecznie agentem nie zostałem, bo jakoś nie poczułem do tego "smykałki". Zapamiętałem jednak rozmowy z piotrkowskimi znajomymi, wpisanymi na listę moich pierwszych potencjalnych klientów.
- O, nie, wiesz, teraz to trzeba liczyć kasę, bo w "Piomie" źle się dzieje i zaraz będą zwalniać. Może kiedyś...
Trudno dyskutować z takim argumentem, zwłaszcza powtórzonym kilka razy przez różne osoby? Tak myślałem wtedy, dziś wiedziałbym jak zareagować na zastrzeżenie Klienta typu "nie teraz". Tłumaczył mnie wiek i brak doświadczenia. Ubezpieczeniowy epizod przeszedł do historii, zająłem się (ze znacznie większym powodzeniem) wieloma innymi sprawami.

Niedawno w tym samym mieście załatwiałem jakieś formalności. Była okazja do spotkania z tymi samymi znajomymi, starszymi - jak i ja - o 12 lat. "Co słuchać, stary?"
- Nawet nie pytaj, źle się dzieje. Podobno w "Piomie" będą ludzi zwalniać. Czekamy, co będzie. Ech, kiedyś było inaczej...

Rozumiesz? Przez 12 lat kilkudziesięciotysięczne miasto (a przynajmniej spora jego część) żyje na mentalnych walizkach, bo "w Piomie będą zwalniać". Od kilkunastu lat tysiące ludzi są pogrążone w apatii, bo "będzie źle".

Przez 12 lat można skończyć trzy kierunki studiów (a dwa bez wysiłku). Przez 12 lat zdążyłem poznać swoją Żonę, ożenić się, zostać ojcem, zdobyć dwa nowe zawody, rozkręcić firmę, dwa razy się przeprowadzić… Zrobiłem też parę głupich błędów, ale przynajmniej miałem okazję je zrobić. Nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałem, ale na pewno gdzie indziej, niż 12 lat temu.

W którym miejscu Ty jesteś?

Czy nie jest tak, że od roku - dwóch - pięciu - dwunastu - tkwisz w wiecznym "kiedyś"? "Kiedyś będę szefem sam dla siebie". "Kiedyś założę firmę". "Kiedyś schudnę". "Kiedyś będę miał dużo pieniędzy". "Kiedyś rzucę w cholerę to wszystko". "Kiedyś będę realizować swoje marzenia".

Kiedyś.

Ale kiedy?

Pomyśl, bo łatwo możesz przeoczyć moment, w którym słowo "kiedyś" gwałtownie zmieni swój czas gramatyczny. Z przyszłego na przeszły. "Kiedyś mogłem zrobić inaczej". "Kiedyś było więcej możliwości". "Kiedyś nie było tych smarkaczy z prowincji, dybiących na moje stanowisko za połowę pensji".

To właśnie takie "kiedyś" musiało chyba spowodować, że w moim rodzinnym mieście istniało z woli radnych "Rondo Edwarda Gierka". On przecież symbolizował to "kiedyś" - gdy w opinii wielu trawa była zieleńsza, ludzie szczęśliwsi, a paczki świąteczne słodsze, bo cukierki były z cukrem, a nie z aspartamem. Ronda Gierka już nie ma, ale tylko dlatego, że z kolejnego starcia dwóch wizji historii wyszła zwycięsko ta druga. Mentalne walizki nadal stoją w przedpokojach, wciąż nierozpakowane. W całym kraju, bo z takich Piotrkowów składa się Polska.

W "Piomie" będą zwalniać, w centrali firmy przygotowują reorganizację, w Ameryce był kryzys (ekonomiści już się podniecają myślą, że znowu będzie - i znów będą mogli pobrylować w mediach jako eksperci). Będą powodzie, upały lub mrozy i śnieżyce. Gdyby było za mało, to zawsze państwo może zarządzić jakąś ptasią grypę albo wypowiedzieć bohaterską wojnę dopalaczom, przepełnionym furgonetkom, krzyżom czy aferzystom.

Naprawdę, jest tyle powodów, by nic konstruktywnego nie robić, że aż nie wiadomo, który wybrać. Bo "teraz" trzeba gasić pożar, ale "kiedyś" - to dopiero pokażemy, ileśmy warci!

A tak szczerze, to o jakim "kiedyś" pomyślałeś, czytając tytuł tego felietonu? O "kiedyś" w przeszłości, czy o tym przyszłym?

środa, 24 listopada 2010

Pięcioletnie pierwszaki, trzydziestoletnie nastolatki.

Anecie, Renacie, Jurkowi i Przemkowi dziękuję za inspirację.

Niedawno miałem przyjemność przysłuchiwać się ciekawej dyskusji dwóch zaprzyjaźnionych małżeństw na temat obniżonego wieku szkolnego. Przyjemność, bo mimo różnicy zdań (obie pary mają dzieci w wieku prawie szkolnym) rozmowa była niezwykle kulturalna.

Szkoła dla pięciolatków: zwiększanie szans czy odbieranie dzieciństwa?

Z jednej strony - trafia do mnie argument, że dzieciństwo jest teraz i tak niesamowicie długie. Kiedyś chłopak w wieku 14 lat był już mocno przyuczony do zawodu ojca, a szesnastolatce szukano męża. Dziś czternaście lat to dopiero półmetek edukacji. Zresztą, nie musimy wcale sięgać do odległej historii, w której królowa Jadwiga wyszła za mąż jako trzynastolatka (i to mająca za sobą dwa lata rządzenia krajem).

Moja Mama (czasy znacznie nam bliższe) mając siedemnaście lat zdała maturę i poszła do pracy w zdobytym właśnie zawodzie. Ja - podobnie jak Ty - zdawałem maturę w wieku lat dziewiętnastu, ale zamiast do pracy poszedłem na studia (bo zawodu jeszcze nie miałem, jak każdy absolwent LO). Automatycznie przedłużało to moje dzieciństwo o kolejne kilka lat. Dziś, jeśli rodzice żyją i nie mają nic przeciwko, dzieciństwo może trwać i do czterdziestki. 

Ale nie mówmy tylko o pójściu do pracy i osobnej lodówce.

Dorośli (metrykalnie) ludzie mają dziś dylematy żywcem wzięte z okresu dojrzewania. Jeden po drugim powstają filmy o infantylnych trzydziestoparolatkach, które nie wiedzą, co chcą w życiu robić. Trzydziestoletnie nastolatki chlipią na "Jedz, módl się i kochaj" marząc o księciu porywającym je z ich open-space’u. Ludzie w wieku dawniej określanym z szacunkiem jako "średni", dziś odnajdują w Internecie swoje szkolne miłości, a potem z dnia na dzień porzucają rodzinę. Zupełnie jak kiedyś, kiedy z dnia na dzień wymieniali Magdę na Ankę, bo ta druga chętniej pożyczała zeszyty z matmy.

Czy w takim razie dojrzewanie jest dziś wolniejsze? Nic z tych rzeczy. Dojrzewanie ciała i psychiki po prostu dramatycznie się rozeszło.

Niejedna czternastolatka ubiera się i wygląda (nie mówiąc o doświadczeniach) poważniej, niż studentka. Budzi to popłoch wśród panów mających, owszem, ochotę na "młodszy model", ale nie na wyrok za pedofilię. Maturzystki wyglądają starzej, niż ich nauczycielki. Nieprzeżyte dzieciństwo drzemie, zaduszone warstwą makijażu, ale obudzi się, spokojna głowa, za kilkanaście lat. Razem z lekturą "Dzienników Bridget Jones" obłożonych w papier w Kubusiem Puchatkiem.

Jako początkujący nastolatek chodziłem do szkoły muzycznej. Co pół roku odbywał się egzamin decydujący o pozostaniu w szkole, bez możliwości poprawki. Rozumiesz? Grasz przed komisją kilkuminutowy utwór, który stanowi o Twoim być albo nie być. Bez odwołań, powtórnego zliczania punktów, podciągania oceny w następnej sesji. Na korytarzu nie czeka psycholog gotów utulić spłakanego ośmio- czy nawet dwunastolatka, który właśnie na zawsze zakończył swoją muzyczną karierę, bo zbyt często nie trafiał w klawisze.

Porównaj to z nową maturą, którą możesz powtarzać co pół roku ad mortem defecatam, bo na psychologii w Krakowie potrzebna Ci jest średnia o pół punktu wyższa niż na zarządzaniu i marketingu w Warszawie, a właśnie chcesz się przenieść... 

Gdzie więc to mityczne dzieciństwo? Gdzie te lata szczęśliwe, które trzeba chronić przed pomysłami urzędników z Alei Szucha?

Z drugiej strony, szkoła wcale nie jest miejscem dobrym dla dzieci. Jeśli wziąć pod uwagę to, z czym moje dziecko może się zetknąć w szkole, to chyba już wolałbym je zabierać do nocnego klubu. Tam przynajmniej bezpieczeństwa pilnuje ochroniarz, a nie sfrustrowany niedouk barykadujący się w czasie przerwy w pokoju nauczycielskim. Narkotyków i seksu w toaletach tyle samo, ale przemocy mniej. No i nikt nie zakłada barmanowi kosza od śmieci na głowę.

Tak, zdecydowanie szkoła powinna być dozwolona od 18 roku życia.

Mojej podstawówki serdecznie nienawidziłem. Gdyby nie harcerstwo, uważałbym ją za czas stracony. Do dziś pamiętam smród przepoconego korytarza i zasikanych toalet, popisane ławki lepiące się od gum do żucia, kilogramy podręczników noszonych z jednej nudnej lekcji na drugą.

Ale nawet nie to było najgorsze. W szkole nauczyłem się, że słabszy przegrywa i że niesprawiedliwość bierze górę. WF i tzw. "prace społeczne" wyrobiły we mnie odrazę do fizycznego wysiłku. Do dziś nie umiem się uczyć, bo przez pierwsze lata nie miałem takiej potrzeby. W myśl egalitarnego przesądu dzieci płynnie czytające uczą się bowiem razem z tymi, które kiepsko rozróżniają litery. Tabliczki mnożenia nauczył mnie mój Tata, a wiedzę o świecie czerpałem z połykanych książek, w tym z mojej ulubionej lektury - zaczytanej na strzępy encyklopedii. W mojej edukacji podstawówka jest czarną dziurą.

Na szczęście trafiłem potem do dobrego liceum, szkoły z tradycjami, z nauczycielami zasługującymi na szacunek i z przyjazną atmosferą. Jednak tych pierwszych ośmiu lat nikt mi nie zwróci.

A może taka brutalna szkoła życia jest potrzebna?

Może w tym świecie (który, jak mówi Biblia, "cały podlega mocy Niegodziwca") po prostu trzeba pokazać dzieciom, jak jest naprawdę? Może przemoc, niesprawiedliwość i przebywanie w nieestetycznym otoczeniu to lepszy trening przed wejściem w dorosłość, niż rozwiązywanie równań i wkuwanie "Litwo, ojczyzno moja"?

Może potrzebne jest takie drastyczne rozstanie z bajkami, w których dobro wygrywa, a cnota jest nagrodzona?

Nic to, mamy jeszcze chwilę czasu na wybór szkoły dla naszego dziecka. Jeśli, oczywiście, urzędnicy z Ministerstwa Etatów Nauczycielskich nie wymyślą kolejnej reformy, ratującej tysiące "mianowanych" i "dyplomowanych" (i jakich tam jeszcze mają) przed skutkami demograficznego niżu.

Bo przecież zdajesz sobie sprawę, że tu wcale nie chodzi o dobro dzieci?

środa, 17 listopada 2010

Smakowite życie

Gdzież ta zalewajka autorstwa mojej Babci, smak mojego dzieciństwa! Gdzie bigos mojej Mamy i jej dekoracje sałatek na rodzinne spotkania!

Mam to szczęście, że moja Żona gotuje wyśmienicie. Agata robi to z sercem, eksperymentuje, ciągle się dokształca i poluje na każdą nową książkę Jamiego Olivera.

Dla mnie to szczęście, dla restauracyj (z których, z zawodowych powodów, korzystamy często) niekoniecznie. Moja Żona WIE jak powinny być zrobione potrawy wymienione w menu i na dodatek potrafi je przyrządzić. Wie, jak powinny smakować i co takiego się stało, że nie smakują. Potrafi też, w przeciwieństwie do mnie, odróżnić zapisaną w menu polędwicę od kilkakrotnie tańszej karkówki z nie wiadomo jakiego źródła. (Korzystając z okazji zasyłam wyrazy braku szacunku dla piotrkowskiego "Ormianina", która to restauracja kiedyś próbowała nam sprzedać to drugie jako to pierwsze).

Jako ekonomiczny darwinista tłumaczę sobie, że po prostu dobra kuchnia nie jest większości klientów potrzebna. Gdy jedzenie "na mieście" oznacza 20-minutową przerwę na lunch, z komórką przy uchu albo klientem po drugiej stronie stolika, a jedzenie w domu oznacza podgrzewanie w mikrofalówce mrożonek albo zapasów od rodziców, trudno być wybrednym. "Jedz, pij i popuszczaj pasa" to już zupełnie nie o naszej epoce. Z biesiad mamy tylko piosenkę biesiadną (z tym pierwszym słowem mającą tyle wspólnego, co galeria handlowa z galerią sztuki).

Jest coś jeszcze. Nie liczyłem, ale idę o zakład, że w Internecie znalazłoby się więcej stron o odchudzaniu i diecie, niż o radości z jedzenia. Im więcej w kolorowych czasopismach artykułów o zdrowym odżywianiu, tym trudniej zjeść poza domem coś, co sprawia przyjemność. Przypominam, że według mądrej definicji WHO zdrowie to "stan pełnego, dobrego samopoczucia, a nie tylko brak choroby". Trudno mówić o dobrym samopoczuciu, gdy jesz z tabelką kaloryczną w głowie, albo gdy na zjedzenie obiadu masz 20 minut i wolisz nie wiedzieć, z czego jest zrobiony.  

Myślę jednak, że nie jest to tylko kwestia braku czasu.

Może po prostu człowiek musi sobie znaleźć coś, czym się będzie katować, nie śpiąc po nocach i czując wyrzuty sumienia za dnia? 

Może miejsce średniowiecznych procesji biczowników zajęły internetowe fora o dietach? Może ludzie XXI wieku boją się cholesterolu, rozstępów i tłuszczu na udach, bo nie boją się już piekła z siarką i rogatymi diabłami, a czegoś bać się muszą? Rak jest zbyt straszny, wojna i terroryści zbyt daleko, ale centymetry w talii niepokojąco blisko. Do tego każda kolorowa gazeta poleca inną dietę i straszy innymi konsekwencjami. To naprawdę wystarczy, by czuć się nieswojo jedząc z apetytem i bez jakiegoś wyrzeczenia.

Swoją drogą, czy to nie dziwne, że w naszej kulturze grzeszne jest to, co najprzyjemniejsze i najbardziej naturalne: jedzenie i seks? Zarazem - czy to nie dziwne, że w tych dwóch dziedzinach ludzie wybierają albo post i powierzchowną bylejakość, albo - idąc ze skrajności w skrajność - zatracają to, co normalne i naturalne, i szukają udziwnień? 

Zostawmy filozofowanie. Prawda jest taka, że zjedzenie "na mieście" normalnego, uczciwej wielkości kawałka mięsa o smaku mięsa jest coraz trudniejsze.

Coraz więcej miejsc snobuje się na potrawy typu "duszone jądra delfina w brązowym sosie z żabich wymiocin, podane na słodko z sałatką z islandzkiego mchu". Wszystko oczywiście w ilościach homeopatycznych, nadziubdziane na środku wielkiego talerza, otoczone jakimiś picassami z sosu albo zieleniną. Plasterek czegoś utopiony w kilogramie liści absolutnie nie zaspokaja mojego głodu, a wręcz przeciwnie. 

Na szczęście prawdziwa kuchnia jeszcze się broni. Osobnego felietonu wymagałoby wyjaśnienie, dlaczego broni się przede wszystkim kuchnia cudzoziemska. W Warszawie (gdzie mieszkam od kilkunastu lat) broni się na przykład sieć rodzeństwa Kręglickich, nie tylko smaczna, ale naprawdę przyjazna dla rodzin z dziećmi. W "Chianti" przy ulicy Foksal nasza Córka obchodziła pierwsze urodziny, a tuż obok, w "Opasłym tomie", pierwszy raz, ze smakiem, jadła ślimaka (brr...). Na drugim cenowym biegunie - jedyny w Warszawie prawdziwy kebab "Efes" (Saska Kępa) oraz odwiedzany przez nas od lat wietnamski barek w oficynach Nowego Świata pod swojsko brzmiącą nazwą "Co tu". Nie mam pojęcia, co po wietnamsku znaczą te dwie sylaby, ale w dialekcie hanojskim oznacza to pewnie "niedrogo-smacznie-i-z-miłą-obsługą".

Trochę gorzej jest z rodzimą kuchnią. Porządny schabowy czy rosół z prawdziwej kury budzi u liczących kalorie sałatkożerców zabobonną odrazę. Kuchnia polska to zatem albo identycznie nijakie bary z obowiązkowym zdjęciem de volaille’a z frytkami na podświetlanym szyldzie coca-coli (służące chyba tylko do szkolenia kontrolerów sanepidu z wypisywania mandatów), albo modne od kilku lat "wiejskie stoły" na miejskich weselach. Nostalgiczna pamiątka mieszkańców blokowisk po dzieciństwie u dziadków na wsi... Trzecia wersja "kuchni polskiej" to chwyt marketingowy obłędnie drogich restauracyj dla snobów.

Nieliczne pozytywne wyjątki z naprawdę dobrą polską kuchnią (uczciwa porcja za rozsądną cenę) to na przykład klimatyczna "Gospoda do syta" w Aninie, albo "Zaścianek" przy Paryskiej. Tam czuć rękę gospodarza, a pańskie oko tuczy nie tylko konia w przysłowiu.

Prowadząc szkolenia jeździmy po całym kraju, co oznacza stołowanie się w różnych miejscach. Sytuacja jest podobna, jak w Warszawie: mnóstwo bylejakości, ale i gastronomiczne perły, które chce się odwiedzać, nawet nadkładając drogi. Niesamowite placki z gulaszem pod Rajgrodem, na które urywaliśmy się z Bartkiem, moim współtrenerem, każdego dnia po zajęciach. "Karczma pod gołębiem" w Nidzicy, obowiązkowy przystanek przy trasie Warszawa-Gdańsk, gdzie żurek robi się z żuru, a nie z E-666, a jajecznica smakuje jak jajecznica.

A skoro już jesteśmy przy gołębiach - za moich studenckich czasów w Krakowie przy Gołębiej istniała przeurocza maleńka herbaciarnia "Gołębnik", prowadzona przez dwie panie, bodajże matkę i córkę. Chodziło się tam na pyszną herbatę (każdy dzbanek nakryty kolorową "czapką") i tosty. "Gołębnik" był stałym punktem moich późniejszych wizyt w Krakowie - niestety, ostatnim razem zastałem tam już tylko opróżniony lokal, zamknięty na głucho. Smak "dwóch tostów ze wszystkim" pamiętam jednak do dziś.
O smaku decyduje bowiem serce, a nie miejsce czy sam przepis. Przykład?

Trudno znaleźć bardziej odczłowieczone miejsce, niż centrum handlowe, a w nim jeszcze bardziej odczłowieczone miejsce, niż sieciowy barek. I właśnie w takim miejscu, w Coffeeheaven w warszawskiej "Promenadzie" pewnego zwykłego dnia przeżyłem coś niezwykłego. "To co zawsze?" - zapytał mnie barista. Na chwilę poczułem się, jak przedwojenny Krakowianin, który od pół wieku co niedziela przychodzi do "Noworola", siada przy tym samym stoliku i zamawia to samo od lat ciastko. Nawet w kartonowym kubku biała czekoladowa mokka (czyli "to co zawsze") smakowała tego dnia inaczej.

To właśnie wtedy ostatecznie poczułem się mieszczuchem.