niedziela, 24 czerwca 2012

Naszej klasie

Dwudziestolecie matury. Nasza klasa była matematyczno-fizyczna, więc nie da się pominąć matematycznego faktu, że od matury do dwudziestolecia czekaliśmy ponad pół życia.

Jasne, młodzieńczość nie jest kwestią metryki, ale przez ten czas świat zauważalnie się zmienił. Gdy zdawaliśmy maturę, nie było komórek, nikt nie miał bloga ani konta na facebooku… Co ja piszę, nie było w Polsce Internetu! Telefon czekał w domu, przypięty kablem do ściany, a do robienia zdjęć służył aparat fotograficzny (z kliszą na 36 zdjęć). Opisując to czuję się, jak archeolog...

Trochę obawiałem się tego spotkania, tyle się zmieniło. Na szczęście nie wszystko. Koleżanki równie atrakcyjne (czy mi się wydaje, czy nawet jeszcze wypiękniały?), to samo poczucie humoru kolegów. Ze zmian: dzieci, żony, mężowie (czasem już ex), firmy, stanowiska, choć bywa, że i cukrzyca. Typowy zestaw startowy wieku średniego.

Nasza Wychowawczyni pamiętała wszystkich, z imionami włącznie, a przecież od czasu naszego ostatniego spotkania szkoła wypuściła - lekko licząc - ponad dwa tysiące absolwentów. To też coś znaczy.

Chodziliśmy do liceum w ciekawych czasach. Dla Chińczyków życie w ciekawych czasach to przekleństwo, ale czy mają rację?

Pierwsza klasa - jeszcze za komuny, choć schyłkowej. Rozpaczliwie nieśmiałe zebranie werbunkowe do ZSMP i przysposobienie obronne z prawdziwym "trepem". "Obywatelu majorze…" - tak musiałem meldować na PO jako ówczesny gospodarz klasy, choć major - cytuję - "wolałby zwrot towarzyszu, ale nie jesteśmy jeszcze członkami partii". A potem...

Mur berliński runął na naszych oczach, a właściwie na naszych lekcjach niemieckiego, bo "Frau Helga" zamiast czytanek o DDR dawała nam najświeższe artykuły z niemieckiej prasy. "Panie profesorze, głosuje pan na Wałęsę czy na Tymińskiego?" - i już lekcja z głowy, bo dyskusja trwa w najlepsze! Na temat zjednoczenia Europy starłem się ze studniówkową partnerką najlepszego kumpla - po 20 latach uważam, że miałem rację (ona pewnie też, choć kto wie?). "W nieszczęściu człowiek swojej wielkości dowodzi, a wielkość się narodów z wielkich ludzi rodzi" (Woronicz) - czy mógłby być lepszy temat pracy maturalnej wieńczącej takie cztery lata? Nawet papiery na uczelnię zawoziłem po nocy nieprzespanej przed telewizorem, bo właśnie obalano rząd Olszewskiego…

I jak tu narzekać na ciekawe czasy?

Nawet w oglądanych filmach było widać ten przeskok. W pierwszej klasie wymienialiśmy się jeszcze wrażeniami na temat "Zmienników", ledwie już draśniętych przez cenzurę, ale odleżanych na półce. Potem od razu "Labirynt" o młodym polskim kapitalizmie, a właściwie o jego pozorach. Nikt nawet nie przewidywał dzisiejszych telenowel o infantylnych trzydziestolatkach, płaskich jak płyta DVD.

Te cztery lata to najlepszy czas mojej formalnej edukacji - zawdzięczam to szkole, ale i - a może przede wszystkim - ludziom, z którymi ten czas spędziłem. Mojej IVa.

Oczywiście nie zezgredziałem na tyle, by opowiadać legendę o klasie prymusów, chlubie "Chrobrego". Dukaliśmy przy tablicy, robiliśmy byki w klasówkach, migaliśmy się od prac domowych. Zrywaliśmy się z lekcji. A jednak wynieśliśmy ze szkoły - modne określenie - "kod kulturowy", który przez wieki odróżniał ludzi myślących od barbarzyńców. To właśnie on pozwala rozumieć myśli ludzi z minionych epok, umożliwia łapanie dyskretnych nawiązań do historii, do literatury, do polityki. To on pozwala wyrabiać własne zdanie zamiast recytować paski z programów informacyjnych. Czasy się zmieniają, technologie się zmieniają, on pozostaje.

Można żyć bez kodu kulturowego. Aby jeść, przeżuwać, wydalać i spać (plus parę innych fizjologicznych czynności) nie trzeba za dużo wiedzieć ani samodzielnie myśleć. Instynkt i ruchy perystaltyczne zrobią to za nas naprawdę sprawnie. Ale czy wystarczą?

Jakie wspomnienia z lat szkolnych przechowają dzisiejsi licealiści? Chronieni od wkuwania faktów, ale i od samodzielnego oceniania i wnioskowania. Sformatowani pod testy. Ze słuchawkami w uszach i kciukami na iPhonie, fejsbukujący z koleżanką siedzącą obok.  Czy poza powierzchownymi kontaktami zbudują i przeżyją także trwałe relacje? Czy odziedziczą kulturowy kod - umysłowe DNA?

Jacy będą po 20 latach od swojej matury?

środa, 20 czerwca 2012

Na podstawie scenariusza

Zaczyna się tak: Air-Force-One rozbija się przy lądowaniu w Phenianie. Wraz z republikańskim prezydentem Duckiem i jego żoną (w tych rolach Tom Hanks i Andie MacDowell) ginie setka kluczowych postaci amerykańskiej sceny politycznej, w tym całe Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. Władzę przejmują demokraci: rubaszny, trochę pierdołowaty prezydent Celler (Steve Martin) i rządzący nim z tylnego fotela wiceprezydenta ulubieniec mediów Daniel Stuck (George Clooney). Śledztwo nadzoruje północnokoreański dyktator Kim-Dzong-Won, który generalnie mówi Amerykanom, żeby spadali na bambus, co też ci skwapliwie czynią. Żółtki zabrały teczkę atomową? No i co z tego, przecież wojny im nie wypowiemy, a tak w ogóle to Duck był złym prezydentem.

W Ameryce zaczynają się dziać dziwne rzeczy: samobójstwa popełniają nie tylko liderzy opozycji, ale i charyzmatyczny dowódca Delta Force, generał Pelsky (Gerard Butler), ewentualnie na autostradzie zderzają się z meksykańską ciężarówką na lewych numerach. Poza nawiedzonym pastorem Mushroomem z rasistowskiego Południa (genialny, jak zwykle, Mel Gibson) nikt jednak nie zadaje pytań: wszyscy się cieszą, mamy przecież Olimpiadę w Filadelfii.

Gdyby jakaś hollywoodzka wytwórnia chciała to rzeczywiście zekranizować, zastrzegam sobie prawa do pomysłu obsady, choć pewnie szanse są minimalne. Jestem pewien, że Brad Pitt i Angelina Jolie podołaliby rolom agenta Tomka i posłanki Sawickiej. Jednak czy poza fanami filmów klasy B ktoś uwierzyłby w oś intrygi? Amerykanie może i nie wiedzą, gdzie jest Polska ze swoimi obozami śmierci, ale wsadzić całą wierchuszkę amerykańskiej armii do jednego samolotu? Nie, tu już stanowczo scenarzysta przesadził - marudziliby wychodząc z kina.

A to nie film. To Polska, nie Ameryka. Tam też różne rzeczy się zdarzają - też w dziwnych okolicznościach zginął prezydent, a niektórzy twierdzą, że lądowania na Księżycu w ogóle nie było. Ale od strzałów w Dallas minęło prawie pół wieku, od zamachów na WTC równe 10 lat, a jakoś nadal wolno o to pytać. Co więcej, tam dziennikarze dostają pieniądze właśnie za dobre pytania, a nie za jedynie słuszne odpowiedzi. Nie słyszałem też, by autor strony internetowej wykazującej niemożliwość ataku boeingiem na Pentagon jakoś spektakularnie targnął się na swoje życie.

Parafrazując slogan reklamowy pewnego polskiego filmu - może Amerykanie mają seryjnych zabójców, ale na seryjnych samobójcach znamy się my.

Być może wyjaśnienia są dziecinnie proste. Może postacie z pierwszych stron gazet naprawdę dopadła epidemia depresji (szczególnie w weekendy), może korupcja na szczytach władzy to pojedyncze wypadki, nagłośnione przez żądne sensacji media. Może kolejni eksperci zajmujący się katastrofą smoleńską naprawdę mieli pecha, wpadając na białoruskie tiry lub niezrównoważonych psychicznie synów. Chciałbym w to wierzyć, bo przecież głupio żyć w, cytując klasyka, "dzikim kraju".

Chciałbym. Ale cóż poradzić.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Co znaczą te słowa?

"...one nic nie znaczą", śpiewała kiedyś Kora. Ale nie będę dziś pisał ani o miłości z tej piosenki, ani o Korze, ani nawet o jej psie, choć ostatnio ma swoje pięć minut w mediach.

"Słowo przywołuje doświadczenie", tego uczę na swoich szkoleniach. Wspomniany "pies" to tylko cztery przypadkowe litery, ale w Twojej głowie wywołują one konkretne wspomnienia. Może widok konkretnego psa? Może szczekanie? Potem przychodzą uczucia - przyjemne lub nie. Psa tak naprawdę nie ma, ale Ty uśmiechasz się lub denerwujesz zupełnie jak wtedy gdy stał obok Ciebie. Teraz wyobraź sobie, że chcesz z kimś o psie porozmawiać: dla Ciebie "pies" to ukochany domownik, dla niego groźna bestia. Albo odwrotnie, jak wolisz. Ustalenie wspólnego znaczenia słów to podstawa komunikacji. 

Tyle teorii. Ale co ze słowami, które nic nie znaczą, albo błędnie użytymi? Niby wiesz o co chodzi, ale... jakiś zgrzyt pozostaje. To znaczy, mam nadzieję, że pozostaje...

Weźmy jako przykład "gabaryty", które w całej Polsce są składowane przy śmietnikach i przewożone przez firmy transportowe. Gabaryt to po polsku "wymiar, obrys przekroju". Przewożą wymiary? Wyrzucają je do śmieci? A może chodziło o "duże gabaryty", czyli - skrót myślowy - przedmioty większych rozmiarów? "Duże śmieci/ładunki", pisząc najprościej i bez zadęcia? Nie, u nas nie można wyrzucać dużych śmieci - trzeba składować gabaryty. 

Zawrotną karierę robi "formatka". Kiedy poznałem to słowo - lata temu, w jakimś warsztacie stolarskim - oznaczało kawałek czegoś wycięty w ustalonym kształcie. Od tego czasu "sformatkowało" się jednak wiele innych rzeczy. "Mamy różne formatki umów" - tak informatyk firmy X tłumaczył ostatnio mojej Żonie, dlaczego instrukcja instalacji modemu odsyła ją do nieistniejącej rubryki. "Formatka" jest dłuższa, niż "wzór", ale brzmi sympatyczniej niż "formularz". A że bez sensu? Kto by się tym przejmował...

Nieco inaczej jest z innym językowym potworkiem, "cyfryzacją". Niezupełnie chodzi o wprowadzenie PESEL-u zamiast nazwiska. Dzięki "cyfryzacji" (jak rozumiem, odpowiednikowi "alfabetyzacji"?) ministerstwo zajmujące się m.in. upowszechnianiem użycia komputerów ma wdzięczny skrót "mac"... Od razu nasuwa się stary dowcip o producentach coca-coli namawiających papieża, aby wstawił ich markę po słowach "chleba naszego powszedniego". Papież się nie zgadza, mimo hojnej oferty, więc nasi bohaterowie  głowią się "ile dali ci goje piekarze". Spokojnie, znając logikę działania naszego państwa (choć nie wiem, czy nie jest to oksymoron), zapewne "goje z Appla" nie dali nic.

Cyfryzację mogę przeżyć, urlopu "tacierzyńskiego" nigdy. Kto ten wyraz, k**** tać, wymyślił?! Czy jest urlop "mamiński"? Czy mężczyźni mają "tacicę"? Czy w rubryce "imiona rodziców" jest napisane "imię taty, imię mamy"? Oj, niewiele językowych potworków irytuje mnie bardziej - powiedzmy, że "tacierzyństwo" stoi ex aequo z "adopcją psa". W jednym i drugim wypadku podejrzewam tę samą inspirację: szczerą, niewymuszoną bezmyślność, okraszoną szczyptą nieuctwa.

A inspiracje bywają różne. Jakiś amerykański dziennikarz napisał o aferze "Irangate"? Zaraz, zaraz, oni mieli wcześniej jakąś "Watergate"... No to pewnie - pomyślał dziennikarz znad Wisły - "gate" to po angielsku afera. I się zaczęło! "Orlengate", "Rywingate" (w niezapomnianej wersji posłanki Beger)... Na miejscu zarządu Okęcia już szykowałbym sztab kryzysowy - tam "gejtów" jest kilkadziesiąt.

Trudno się potem dziwić gimnazjalistkom, że umieszczają w internecie "słitaśne" fotki (to słowo telepie moją Żoną tak samo, jak "tacierzyński" mną).

Oczywiście, język ewoluuje. Wysyłamy "maile" (jakoś do "mejla" nie mogę się przekonać), kupujemy w "markecie". "Kiepski" nie jest już wulgaryzmem, a "siedzenie na fejsie" nie ma nic wspólnego z sadomasochistycznym seksem. Czym innym jest jednak - tak sądzę - dodawanie do słownika wyrazów opisujących nowe zjawiska albo upraszczających komunikację, a czym innym jego zaśmiecanie. Nawet, jeśli te śmieci nie mają dużych gabarytów.

Zresztą, czy chodzenie na "urlop ojcowski" zamiast "tacierzyńskiego" (tak jak "włączanie światła" zamiast "włanczania"), nie byłoby lepszym dowodem patriotyzmu, niż wywieszanie na balkonie biało-czerwonej reklamy piwa?

poniedziałek, 28 maja 2012

Jado goście jado

Warszawa, rok 2015. Przygotowania do Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego idą pełną parą. Wprawdzie Warszawiacy narzekają na bałagan związany ze wznowioną budową II linii metra (oficjalnie - dla melomanów zjeżdżających z całego świata) i przekręty przy budowie lotniska dla przylatujących Japończyków, ale nic to. Ważne - mówią zgodnym chórem politycy partii rządzącej - że udało się zbudować w stolicy Narodową Halę Koncertową. Pod Pałacem Kultury stanęła Strefa Słuchacza, z wybudowaną na ten jeden jedyny raz Restauracją Wierzynka (organizatorzy stwierdzili, że Warszawa nie ma odpowiedniej oferty gastronomicznej, więc catering zapewnią specjaliści z Krakowa). Każdy posiadacz biletu na koncert dostał darmowe przejazdy stołeczną komunikacją, z tej okazji po raz pierwszy od Euro2012 umytą...

...a najważniejsze, że na tę imprezkę zrzucili się wszyscy mieszkańcy, i Warszawy, i Polski (konkretnie całej Polski). I lubiący Chopina, i lubiący rap, i ci całkiem głusi. "Chopin to nasza narodowa duma", przekonuje minister muzyki (który jeszcze kilka miesięcy temu pytał, co to za dyscyplina sportu ten szopen i skąd się biorą szopeniści). Tamdadam-tadadadadadadam, nucą wszyscy Polacy. Prezenterzy TVP zapuścili nawet włosy na wzór Mistrza i zapowiadają telenowele na tle mazowieckiej wierzby. W których to oczywiście telenowelach obowiązkowo umieszczono wątki pianistyczne.

To bardziej fiction, niż science, bo nigdy to się nie stanie. Nikt nigdy nie wpadnie na pomysł takich udogodnień dla hobbystów chcących słuchać Chopina, hodujących kanarki, rekonstruujących historyczne bitwy ani nałogowo czytających książki.

No, dobra, fanów piłki nożnej jest więcej. Ale nikt nie wpadnie również na pomysł, aby umyć  tramwaje i przystanki ot, tak, żeby były czyste dla ludzi jeżdżących codziennie do pracy. Nie można zbudować dróg (albo, ściślej, zapowiedzieć, że się je zbuduje) ot, tak, żeby podróż z miasta do miasta była podróżą, a nie toczeniem się w korku?

Zawsze musi być jakieś pospolite ruszenie, stan wyjątkowy, akcja specjalna? Naprawdę potrzeba jakiegoś meczu, żeby zmyć rzygowiny z peronu? W dodatku - dla szanownych gości, bo stałych mieszkańców mamy w...?

Mam znajomych fascynujących się piłką nożną i bardzo ich lubię. Nie zmienia to jednak faktu, że ich prywatne hobby jest ich prywatnym hobby. Przepraszam - nie "jest", a "powinno być". Ja lubię czytać książki - ale nikt mnie nie pyta, czy może wygodniej byłoby mi oddawać się temu hobby w czasie jazdy czystym, punktualnym i niezatłoczonym pociągiem. Nie pyta - a ja nie wymagam, aby  specjalnie powołany minister czytelnictwa wydawał pieniądze podatników na promocję mojego zamiłowania.

Podobnie jak nikt nie zapytał mnie - i milionów Polaków - czy chcą się zrzucić na stadion jednorazowego użytku, na prowizoryczne zamalowywanie brudu na warszawskich stacjach kolejowych, na komunikacyjną makabrę i na szkoły zamykane w dniach meczów.

Kontakt z mass-mediami ograniczyłem do higienicznego minimum, więc szczęśliwie omija mnie zmasowane pranie mózgu wątkami piłkarskimi. Zachowałem dziewictwo jeśli chodzi o znajomość rozpalającej umysły piosenki, o której wszyscy mówią - jeśli nie zdarzy się douszny gwałt w jakimś centrum handlowym, pewnie tak pozostanie. Podobno ma jakieś wątki ludowe (tyle wiem). Skoro jednak wizytówką naszej gastronomii ma być w Warszawie specjalnie zbudowany jednorazowy McDonald’s - miało tam być muzeum sztuki współczesnej, ale nie bądźmy drobiazgowi - to może ma to jakiś sens.

"Jado goście jado" - śpiewa dziewczyna w ludowej piosence i martwi się, że do niej "nie zajado, bo nie ma posagu". Głupia. Trzeba było odpicować chałupę, żeby myśleli że ma, i jeszcze wkręcać się gościom w zadek, żeby zechcieli ją odwiedzić. Won rodzice, którzy za to picowanie zapłacą, precz z chłopakami z tej samej wsi, których ma na co dzień. "Jado goście jado", i to jest w tej chwili najważniejsze. Taka to już nasza polska narodowa tradycja.

czwartek, 29 marca 2012

Studenci, co się prawdzie nie kłaniają

Patrzę i patrzę, oczy przecieram ze zdumienia, ale kolorowy plakat w PDF-ie nie chce zniknąć z mojego ekranu. 31 marca 2012 roku pod Baligrodem odbędą się - pod hasłem pojednania polsko-ukraińskiego - obchody 65. rocznicy śmierci Karola Świerczewskiego. Co ja piszę obchody, to będą - cytując plakat - "uroczystości patriotyczno-historyczne".

Organizatorem tej imprezy jest stowarzyszenie o radosnej nazwie "Lepsze Dziś". Krótki wywiad internetowy i dowiadujemy się, że Lepsze Dziś to inicjatywa rzeszowskich studentów politologii.

"Jesteśmy grupą młodych, ambitnych, prężnie działających ludzi." - piszą o sobie na stronie internetowej - "Możemy poszczycić się udanymi projektami, które spotkały się z dużym zainteresowaniem ze strony wielu osób. Swoje akcje przeprowadzamy w sposób profesjonalny świadcząc o swej rzetelności.". A ja nie mam powodu nie wierzyć, patrząc na profesjonalnie przygotowany plakat zapraszający na obchody. "Bo dla nas liczy się teraźniejszość" - woła do nas kolorowe motto strony i, jak się domyślam, całej organizacji.

Krótki rys historyczny. Państwa z "Lepszego Dziś" proszę o pominięcie trzech następnych akapitów - zapewne dobrze znają patrona swoich "uroczystości patriotyczno-historycznych", a zresztą nie liczy się przecież przeszłość, lecz teraźniejszość.

Jeżeli Karol Świerczewski - przez komunistyczną propagandę uparcie nazywany "synem robociarza z Woli" - był patriotą, to bardzo specyficznie należy ten termin rozumieć.

W wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku walczył, owszem, ale po stronie bolszewików i to jako oficer, skierowany do walki z Polską na własną prośbę. Szybko piął się po szczeblach kariery Krasnoj Armii, w międzyczasie skierowany z "bratnią pomocą" do Hiszpanii, gdzie zasłynął pod pseudonimem Walter. Już wtedy cierpiał na zaawansowany alkoholizm, co niestety przekładało się na skuteczność w dowodzeniu: w 1941 roku tak dobrze dowodził dywizją w walce z Niemcami, że z 10.000 żołnierzy zostało mu zaledwie pięciu. Radzieckie dowództwo próbowało go ukryć w różnych tyłowych jednostkach, aż wreszcie "rzuciło go na odcinek polski", mianując generałem Ludowego Wojska Polskiego. Tu też zasłużył się wykrwawieniem dowodzonych jednostek (w ciągu 2 tygodni potrafił "wypracować" straty równe półtorarocznym), w wolnych chwilach podpisując wyroki śmierci na AK-owców. Wszystko oczywiście w stanie alkoholowego upojenia, co zdaje się - prawnikiem nie jestem - nie stanowi okoliczności łagodzącej.

Ach, zapomniałem że oprócz wątku "patriotyczno-historycznego" impreza ma związek z "pojednaniem polsko-ukraińskim". No to dodajmy coś ukraińskiego o patronie tego pojednania. Gieroja, co - znów cytat z propagandowego wiersza - "kulom się nie kłaniał" (możliwe, że nawet nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia, tak był nawalony) - kierują po wojnie do walki z Ukraińcami w Bieszczadach. Tam też kończy swój żywot w ukraińskiej zasadzce pod Baligrodem - podobno, bo na mundurze przechowywanym jak relikwia w Muzeum WP nie zgadzają się ślady. W każdym razie z jego śmierci władze robią wielki event, zarządzając przy okazji akcję "Wisła", czyli przesiedlenie całej ludności wyznania grekokatolickiego na tzw. Ziemie Odzyskane. Sam "Walter" trafił do komunistycznego panteonu, jako bohater wierszy, patron szkół, ulic i instytucji, a nawet postać z banknotu.

Że komuniści zrobili go legendą - nawet się nie dziwię. Jaka religia, tacy święci. Ale żeby założone przez studentów (!) politologii (!!) stowarzyszenie w 2012 (!!!) urządzało za pieniądze podatnika (!!!!) - via budżet Województwa Podkarpackiego - uroczystości "patriotyczno-historyczne-pojednaniowo-polsko-ukraińskie" z okazji rocznicy jego śmierci, to już chyba przesada.

Chociaż, może? Może tak właśnie trzeba? "Dla nasz liczy się teraźniejszość."

Mam więc parę jeszcze lepszych propozycji. "Syn robociarza z Woli" miał wśród kumpli z wojska takich zasłużonych Polaków jak Feliks Dzierżyński i Konstanty Rokossowski. Niestety, obaj dożyli swoich dni w Moskwie zamiast bohatersko zginąć w imię pojednania. Więc może, z drugiej strony barykady, zrobić obchody pojednania polsko-niemieckiego z okazji rocznicy śmierci Igo Syma? Przedwojenny aktor, volksdeutsch, współpracownik gestapo, zastrzelony przez AK z wyroku Polski Podziemnej… Może województwo mazowieckie skorzysta z doświadczeń podkarpackich kolegów i sypnie groszem? Są chyba jeszcze w Warszawie jacyś studenci politologii, którzy zgrabnie rozpiszą ten "projekt" i profesjonalnie zorganizują?

Albo od razu nadajmy temu europejski wymiar i zorganizujmy obchody rocznicy śmierci Reinharda Heydricha, najlepiej w Lidicach? Tę czeską wieś zrównano z ziemią mordując mieszkańców w odwecie za zamach na Heydricha. Nie liczyłem, ilu ludzi miał na sumieniu Heydrich, a ilu Świerczewski, ale "nasz" zdecydowanie przebija swego niemieckiego kolegę w jednym: Heydrich nie walczył ze swoimi rodakami po stronie najeźdźców. Oto wzór Europejczyka, co nie tylko kulom się nie kłaniał, ale i na podziały narodowościowe pluł.

Brawo, przyszli rzeszowscy politolodzy. Jak powiedziałby Lenin, ideowy guru Karola Świerczewskiego, "właściwą drogą idziecie, towarzysze".

sobota, 10 marca 2012

Jemioła, czyli ludzie zbędni

W popularnym dowcipie baca sprzedawał na targu owczarka.
-Bardzo ładny, gazdo. Kupiłbym. Ile byście za niego chcieli?
-Milion złotych.
Ludzie stukali się w czoło, śmiali, baca twardo ceny nie opuszczał. Któregoś dnia zjawił się bez psa.
-Sprzedaliście go, gazdo?
-Ano sprzedałem.
-Za milion?
-Za milion.
-Niemożliwe! Jak?
-Wymieniłem na dwa koty po pięćset tysięcy.

Mikroekonomia bacy i jego nieznanego kontrahenta zagościła na dobre w naszej gospodarce i życiu społecznym.

Tysiące firm i instytucji napina muskuły i wykonuje w pocie czoła pracę wyceniając ją jak gaździnego owczarka. Setki tysięcy - nie, już miliony - zatrudnionych na umowach stałych, czasowych, jawnych i dwupłciowych pracuje jak maszyny, tyle że z tej pracy nic nie wynika. 

Pomyśl.

Przy obecnym rozwoju komputerów lwią część zadań pracowników biurowych mogłyby wykonywać maszyny. Nie wychodząc z domu możesz przesłać swojemu klientowi na drugim końcu świata dowolne dane i rozliczyć się w dowolnej walucie. Firma kurierska dostarczy paczkę od Twoich drzwi do rąk odbiorcy w ciągu dosłownie godzin. Możesz współdzielić pliki ze współpracownikami gdziekolwiek są i zarchiwizować całą bibliotekę na nośniku wielkości jednej książki. Poza przymierzeniem butów i powąchaniem perfum możesz wybrać zdalnie i bez pośrednictwa sprzedawcy każdy towar. Skoro tak, to jakim cudem wciąż poszukiwani są ludzie do akwizycji, wciąż rosną nowe biurowce wielkich korporacji, a liczba urzędników w Polsce wzrosła w ciągu trzech ostatnich lat o 9%?

Skoro rozwój technologii skrócił czynności zajmujące kiedyś dni do godzin lub minut, to dlaczego pracujemy dłużej niż nasi rodzice? Skoro według spisu powszechnego nas ubyło, to dlaczego korki są większe? Jak można było dopuścić do sytuacji, w której za chwilę każdy podatnik "produkujący" podatki będzie miał na utrzymaniu swojego własnego przedstawiciela "budżetówki"?

Gdy pracę manufaktur zastępowały maszyny, redukowani pracownicy kierowali swą złość w stronę tych ostatnich niszcząc je swoimi chodakami - stąd zresztą nazwa "sabotaż". Dziś saboty nie idą w ruch, bo ustawienie maszyny wcale nie oznacza likwidacji manufaktury. Mamy lepsze technologie, nowocześniejszy sprzęt i szybsze środki łączności, ale to wcale nie skróciło naszego czasu pracy. Dojeżdżamy do pracy samochodem dwupasmową ulicą, zamiast dorożką po bruku, ale zabiera nam to więcej czasu niż kiedyś. XIX-wieczne postulaty ośmiogodzinnego dnia pracy budzą dziś uśmiech.

Jak to możliwe? Jakim cudem roboty jest więcej, skoro jest jej mniej?

Każdy ustrój znajdował własny sposób poradzenia sobie z masami ludzi bez pracy, przekraczającymi dopuszczalny przez siebie poziom bezrobocia. Rewolucja francuska kazała wykopywać i zakopywać doły, reżimy totalitarne rozbuchały do granic absurdu administrację. Współczesny pseudokapitalizm w wymyślaniu niepotrzebnych zawodów i pozornej pracy wcale nie jest gorszy.

Dyplomowani specjaliści ekonomii i zarządzania, którzy nigdy nie zarządzali niczym poza swoim kieszonkowym. Magistrowie nauk politycznych czerpiący swe polityczne poglądy z "tygodników opiniotwórczych". Produkowani hurtowo absolwenci pedagogiki, którzy… no po prostu, nie mieli innego pomysłu na życie, dzieci nie lubią, ale jakieś studia trzeba skończyć, nie? Cały ich alternatywny pomysł na życie, gdyby nie udało się załatwić pracy w urzędzie albo prześlizgnąć przez interview w korporacji, to nalewanie piwa w pubie w Dublinie. To nic hańbiącego, uczciwa praca (w odróżnieniu od załatwionego przez wujka przewracania papierów), tylko po co udawać kogoś, kim się nie jest?

Liczba tych którzy naprawdę wypracowują PKB (czyli PRODUKT Krajowy Brutto), tak pracowicie obliczany w tę i we wtę przez ekonomistów, z roku na rok żałośnie maleje. Oczywiście, politycy mogą sobie zaklinać rzeczywistość i w żonglowaniu danymi statystycznymi mają niemałą wprawę. Jeśli jednak nasza gospodarka jest zieloną wyspą, to chyba dlatego, że niczym jemiołą obrosła pasożytniczymi branżami i instytucjami. Agencje dzielące "fundusze", towarzystwa zarządzające, firmy windykacyjne, spółki córki i wnuczki, wszelkiej maści inspekcje… Wszystko to nie produkuje dokładnie niczego, wysysając jedynie mniejsze lub większe środki z branży, na której akurat pasożytuje.

Ta jemioła oczywiście kogoś zatrudnia. Miliony ludzi w Polsce wykonują pracę zbędną. Gdyby którejś nocy nagle zniknęli (oczywiście wraz ze wszystkimi regulacjami powołującymi do istnienia ich miejsca pracy), to albo nikt nie zauważyłby braku, albo po chwilowym chaosie uwolniona gospodarka ruszyłaby z kopyta, oddychając z ulgą.

Jaki odsetek pracowników gminy wpływa swoją pracą na czystość ulic albo ich oświetlenie, a jaki robi rzeczy kompletnie zbędne z punktu widzenia mieszkańca? Za które zadania gminy - powiatu - województwa - państwa przeciętny obywatel chętnie by zapłacił, gdyby miał na to wpływ, a które służą tylko tym instytucjom i ich pracownikom?

Ile kosztowałyby żywność, gdyby jej cena nie musiała dźwigać garbu kilku szczebli pośrednictwa między rolnikiem, a konsumentem? Ilu ludzi pożywi się na produkcji gazetek zaśmiecających skrzynki pocztowe, ilu "przedstawicieli" rozda tony reklamowych gadżetów za wstawienie towaru na określoną półkę, zanim trafi on do koszyka nabywcy?

Ile kosztowałyby leki, gdyby ich cena nie zawierała kosztu bilboardów, ulotek, pensji "repów" i ukrytych - bo ustawa - giftów dla lekarzy? Tak, już słyszę że "reklama dźwignią handlu"… Jaka, do cholery, reklama - jeśli boli mnie głowa, to kupię tabletkę za ostatnie pieniądze, a jeśli nie, to nie wezmę jej nawet za dopłatą. Podobno w Polsce mamy najwyższe "spożycie" leków bez recepty, wywołane zmasowaną reklamą. Kim trzeba być, żeby manipulować zdrowych ludzi do jedzenia lekarstw?

Przeglądając tak dziedzinę po dziedzinie znaleźlibyśmy masę ludzi zbędnych. Nie pójdą do innej pracy, bo niewiele więcej potrafią. Absolwenci "administracji" oraz "finansów i bankowości" (pomińmy poziom tych kierunków i załóżmy roboczo, że przygotowują fachowców tychże dziedzin) są w szklanych biurowcach mniejszością. Lwia część to niewykwalifikowani absolwenci czegokolwiek. Problem w tym, że likwidacja stanowisk zajmowanych przez ludzi zbędnych stworzyłaby w mgnieniu oka armię bezrobotnych. Etatu urzędnika nie likwiduje bodaj wysadzenie w powietrze i zalanie wapnem jego urzędu - ale co z licencjatami marketingu i zarządzania pozatrudnianymi w "groupach", "centerach", "dywizjach" i "departmentach"? Londyńskie puby nie potrzebują aż tylu pracowników.

Zresztą, co tam kwalifikacje, skoro ambicje nie te. Nie po to wycierało się po rozmowach kwalifikacyjnych i znosiło upokorzenia "ścieżki rozwoju", nie po to awansowało na "seniorekałnta" czy innego starszego referenta sztabowego, żeby teraz zarabiać na życie w sklepie albo pubie. Inna sprawa - ile tych sklepów musiałoby być?

Wiem coś o tym, uwierz. Przez 10 lat pracowałem w biurze rachunkowym, czyli w branży, która istnieje tylko dzięki pokopanym przepisom. Żaden drobny przedsiębiorca - a to oni utrzymują to państwo, nie molochy mające centralę za granicą - nie dałby złamanego grosza za księgowość, gdyby nie musiał jej prowadzić. Jego prawdziwa księgowość to nie VAT i ZUS, nie książka podatkowa, kasa fiskalna i "Symfonia", ale notes w kratkę "zapłacił - nie zapłacił - muszę jeszcze zapłacić". Wszystko inne wynika tylko z narzuconych przepisów i generuje zbędną pracę zbędnych firm. Wykwalifikowane kadry potrzebne byłyby w większych przedsiębiorstwach - porównaj zresztą prestiż przedwojennego buchaltera z dzisiejszą księgową.

Bawimy się - jako społeczeństwo - w fikcyjną edukację, wypuszczając w świat tłumy niedojrzałych posiadaczy świadectwa dojrzałości. Produkujemy "magistrów marketingu", nie za bardzo wiedząc, czym mają "marketingować" (potworki w rodzaju "gender studies" na razie litościwie przemilczę). Oparliśmy gospodarkę na wirtualnych pieniądzach istniejących dopóki w serwerowniach banków płynie prąd i na dotowaniu działalności gospodarczej z tzw. funduszy. Zbudowaliśmy system, w którym każdy - jak w słynnym skeczu Kabaretu Dudek - "nie ma, ale ma mieć", a rozwinąwszy gospodarkę nieistniejącą bez kredytów dziwimy się, że "wzrost gospodarczy" wciąż jest za mały. A jakby tego było mało, wyhodowaliśmy jemiołę zbędnych branż zatrudniających armię zbędnych ludzi.

Jemioła obrasta naszą gospodarkę i życie społeczne coraz szczelniej. Problem pasożytów jest jednak taki, że w końcu pokarmu zaczyna brakować. Prawdziwa jemioła pasożytuje więc z umiarem, choć to tylko roślina. Ludzka jemioła ma mniej rozsądku.

Jak mawiali dorośli w latach mojego dzieciństwa - "to w końcu musi pieprznąć". Pasożyt w końcu zadusi żywiciela, choć ten wydawał się silnym organizmem, ale to oznacza śmierć obu. W praktyce będzie to wyglądać tak, że tłumy ludzi zbędnych obudzą się któregoś dnia bez "funduszy" (bo się skończą), bez klientów (bo zdrenowani zbankrutują) albo bez zasilenia z kasy państwa (bo kreatywna księgowość też ma swoje granice). Na razie wszyscy liczą jednak na to, że ten dzień albo nigdy nie nastąpi, albo przynajmniej nie za ich życia. Dobra wiadomość dla ludzi zbędnych i dla rządzących jest taka, że większość ludzi rzeczywiście w to wierzy. Wierzy - i pracuje jak maszyna, która pożerając tony paliwa niczego (poza spalinami) nie produkuje.

Zła wiadomość jest jednak taka, że każdy chory system miał ambicje trwać wiecznie albo chociaż tysiąc lat. Kończyło się znacznie szybciej…

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czy PRL miał atesty?

13 grudnia przypada doroczny medialny festiwal generała Jaruzelskiego. W tym roku okazja jest podwójna, bo i rocznica okrągła, i generał wydał nową książkę. Znajomy napisał na Facebooku, że wobec sondaży wskazujących na 50% poparcia dla stanu wojennego szuka w swojej  czteroosobowej rodzinie tych statystycznych dwóch głosów "za"…

Wojciecha Jaruzelskiego widziałem na żywo tylko dwa razy. Za drugim razem było to w szpitalu (tym samym, w którym teraz dożywa on swoich dni). Przechodziłem badania przed operacją, gdy nagle wyproszono mnie z gabinetu, aby zbadać przybyłego właśnie generała. Cóż - szarża to szarża, a ja nie jestem nawet rezerwistą. Minęliśmy się w drzwiach.

Ciekawszym przeżyciem był dla mnie jednak ten pierwszy raz, w dzieciństwie. Lata 80., krótko po stanie wojennym. Szedłem warszawskim Nowym Światem, gdy nadjechał mrugając "kogutem" radiowóz z dwoma milicjantami, a za nim polonez na wojskowych numerach. Szyba nie była przyciemniona - przynajmniej nie na tyle, bym nie rozpoznał charakterystycznego munduru, wyprostowanego tułowia i twarzy za ciemnymi okularami.

I już, cały konwój. Żadnych czołgów, blokady połowy miasta, snajperów na dachach. Żaden gazik z komandosami nie strzegł "znienawidzonego przez naród siepacza". Gdy dziś widzę na Nowym Świecie długą i hałaśliwą kawalkadę prezydencką - co tam prezydencką, wystarczy premier albo jakiś zagraniczny gość - to przypominam sobie tamtą scenę.

Trzydzieści lat od "braku Teleranka" - i dwadzieścia dwa odkąd można o tym pisać - kształtuje się zmitologizowany obraz tamtych lat. Jedni oskarżają generała o zdławienie niepodległościowego ruchu, inni bronią go mówiąc o groźbie rozlewu krwi. Sam fakt czającego się tuż-tuż narodowego powstania wydaje się poza dyskusją.

Włożę więc kij w mrowisko. Czy naprawdę tak było?

Owszem, na tle "elit" PZPR Jaruzelski się wyróżniał. Jakim cudem wychowanek katolickiej szkoły i przedwojennego harcerstwa, mówiący poprawną polszczyzną abstynent, szlachcic w dodatku, zrobił karierę w "ludowym" wojsku? Kontrast z ledwo piśmiennymi "wicie-rozumicie" o powierzchowności knura był uderzający. Może, gdyby - jak pisze w swojej ostatniej książce - uległ chwili słabości i popełnił samobójstwo, byłby dziś czczony jako bohater, z dorobioną legendą ofiary Moskwy. Może. Tak się jednak nie stało i Wojciech Jaruzelski podjął decyzję, o której dzieci uczą się w szkołach.

Zwolennicy Jaruzelskiego mówią na jego obronę, że stan wojenny przeprowadzono "w rękawiczkach". Ale może po prostu nie było innej potrzeby? LWP wyjechało na ulice głównie jako demonstracja siły. Po drugiej stronie nie było przecież zbrojnej partyzantki, ani choćby konkurencyjnego ośrodka władzy. Nikt poważny (z Kościołem katolickim i "Solidarnością" na czele) nie odmawiał legalności rządowi PRL. Gdyby rzetelnie policzyć, to zmarłych w wyniku niedojechania karetki pogotowia (bo wyłączyli telefony) mogłoby być więcej, niż zamordowanych w "Wujku". Walkę - pomińmy na razie kwestię "o co" - toczył znikomy procent zapaleńców. Zdecydowana większość miała to w *****, patrząc, jakby się najwygodniej urządzić. Brutalne? Niesprawiedliwe?

Czytam słynne 21 postulatów strajkowych, jeszcze sprzed stanu wojennego. Większość to żądanie ulepszonego socjalizmu: podwyżka płac, wolne soboty, wprowadzenie kartek na mięso... Nieliczne żądania "polityczne" to wolne związki zawodowe i "zagwarantowana w Konstytucji PRL wolność słowa" - trochę mało, jak na "ruch niepodległościowy". Że takie były realia, że nie można było żądać niemożliwego? A realny był postulat trzyletniego urlopu macierzyńskiego, z tej samej listy?

Gdy dwóch nastolatków przypadkowo zastrzeliło milicjanta, władze zrobiły z tego "event". Mówi to wiele o prawdziwym rozmiarze sprzeciwu wobec władz. Parafrazując znany dowcip o okupowanej Czechosłowacji - opór przeciw komunizmowi w stanie wojennym miał być, ale się Jaruzelski nie zgodził. Potrafiliśmy (jako naród, bo ja byłem dzieckiem) knuć i drukować na powielaczach gazetki o tym, jaka z tego Jaruzelskiego świnia. Gdzie to mityczne "wieszanie komunistów zamiast liści"?

Wniosek jest prosty: ludzie chcieli socjalizmu i chcieli PRL-u. To było ich państwo. "Walka o niepodległość i godność" to wygodny mit sprzedawany kolejnym pokoleniom. Tak samo "walczyli" niewolnicy na plantacji bawełny. Niewolnik nie wyobrażał sobie życia poza nią, więc nie walczył o wolność, ale o wygodniejszą pryczę i pełniejszą miskę. W sumie gdyby nadzorcy trochę rzadziej bili pejczem, a kuchnia lepiej karmiła, to na plantacji da się żyć, nie?

Współczesne podejście do generała Jaruzelskiego, stanu wojennego i w ogóle PRL wydaje mi się więc lekko schizofreniczne. Uznajemy PRL za legalne, polskie państwo? W takim razie - mówiąc Michnikiem - odpieprzmy się od generała. Czegóż takiego nowego dostarczył stan wojenny? Czołgów na ulicach? Strzelania do ludzi? Wsadzania ich do więzień? Cenzury? Pałowania demonstrantów? Wszystko to w PRL już było. Czymże stan wojenny zasłużył na taką krytykę, skoro nie uznajemy całego PRL za jedną wielką zbrodnię i uzurpację? Jaki sens ma prawnicze badanie legalności dekretu z 13 grudnia? To tak, jakby w Norymberdze sądzić nie za ludobójstwo, ale za nieważne atesty na cyklon B…

Dla mnie rozwiązanie tego dylematu jest boleśnie proste, ale nie do przyjęcia przez zdecydowaną większość rodaków, także tych protestujących pod oknami Barbary Jaruzelskiej. Dla nich Piłsudski, Bierut, Jaruzelski i Wałęsa to ciąg portretów w jednakowych ramkach - dla mnie PRL to czarna dziura w suwerennej państwowości. Ani Kongresówki, ani Priwislanskowo Kraja (nie mówiąc o Generalgouvernement) nie uznajemy za polskie państwa - dlaczego tej samej miary nie przykładamy do "Polski Ludowej"? Przecież we wszystkich tych tworach były szkoły z językiem polskim, polska policja, polskojęzyczne gazety…

Jest jednak coś jeszcze. Choć w PRL-u żyłem stosunkowo krótko, to wspominam go jak najgorzej. Do dziś nienawidzę kolejek, gdziekolwiek i po cokolwiek. Pamiętam wszechobecne dziadostwo i upodlenie we wszystkich możliwych instytucjach. Jako dziecko z rzadką chorobą skóry musiałem uzyskać specjalne zezwolenie na zakup normalnego proszku do prania. Ludzie umierali z braku leków dostępnych na Zachodzie w każdej aptece. Tępy robol wykonujący tzw. fuchy traktował cię jak śmiecia, perfidnie wykorzystując sytuację na rynku. Sklepowe w mięsnym przeganiały moją Babcię - i wszystkie cudze babcie - czekające na "rzucenie towaru", zawstydzając zachowaniem aufzejerki z Auschwitz. Pamiętam deskę przybitą specjalnie do ściany sklepu w taki sposób, by starsze panie przypadkiem nie przycupnęły na parapecie - a niech bydło stoi za drzwiami i nie razi pięknych oczu ekspedientek.

Oczywiście po 1989 roku deska w cudowny sposób zniknęła z parapetu, sklepowe nauczyły się mówić "dzień dobry" i "dziękuję" oraz wyprały sobie fartuchy. Jednak pozostaje faktem, że zapamiętałem dzieciństwo i dorastanie jako czas syfu, dziadostwa i totalnego upodlenia. Takie wspomnienia przekażę wnukom, jeśli będę je miał.

Kogo mam jednak za to winić? Jaruzelskiego? Dawnych prominentów i kapusiów, którym mój kraj zapewnił nietykalność i pogodną, dostatnią starość?

A może te sklepowe i miliony ludzi, które w tym uczestniczyły przez pół wieku?

Uczestniczyły? Czytając codzienne wiadomości nie wiem, czy czas przeszły jest właściwy.