poniedziałek, 7 marca 2011

Kłamstwo nasze powszednie

"Przesyłkę odebrałem" - podpisujesz na poczcie zawsze, gdy przychodzisz z awizo. Odebrałem? Przecież standardem jest szukanie paczki dopiero wtedy, gdy adresat ją pokwituje, a więc gdy potwierdzi nieprawdę. O odwrotną kolejność upomina się może promil promila, znienawidzony z tego powodu przez panie w okienkach i przez pozostałych klientów poczty.

"Zapoznałem się z regulaminem" - taaa, już w to wierzę, że podpisując te słowa rzeczywiście poświęcasz choćby minutę na przeczytanie tzw. drobnego druczku. Żeby daleko nie szukać: w swoim komputerze masz co najmniej kilka programów, przy instalacji których potwierdziłeś przeczytanie umowy licencyjnej, i to po angielsku. A gdyby tak któregoś dnia dowcipny programista dopisał, między standardowymi postanowieniami, zobowiązanie do oddania przez Ciebie nerki? Zauważyłbyś to? Przewijasz teksty takich regulaminów choćby dla świętego spokoju, czy od razu zaznaczasz "zgadzam się"?

"Zostałem/am pouczona o treści artykułu... paragraf..." - formularz o takiej treści podsunął mojej Żonie do podpisu kontrolujący ją policjant, gdy odmówiła przyjęcia mandatu.
- Ale czego dotyczy ten przepis? - zapytała czujnie Żona.
- Eee, nie wiem... To już pani w sądzie powiedzą.
- Ale to pan mnie ma pouczyć. Ja nie jestem prawnikiem.
- Ja też nie. W sądzie pani powiedzą.

I co? Jestem gotów założyć się, że 99% zatrzymanych kierowców podpisuje to "pouczenie" bez pytania. To że policjant nie zna treści przepisu, to oczywiście skandal (jego amerykański kolega ma zawsze przy sobie ściągę ze słynnym "Masz prawo milczeć..."). Ale co powiedzieć o tych, którzy podpisują nieprawdę na jego polecenie? Przecież za odmowę podpisu (i to takiego) nie zakują Cię w kajdanki ani nie spałują! Przynajmniej nie spotkało to mojej Żony.

Kłamiemy więc nawet wtedy, gdy przynosi nam to szkodę. A co wtedy, gdy kłamstwo daje konkretne, wymierne zyski?

Legenda głosi, że ktoś podobno zawarł umowę z bankiem lub towarzystwem ubezpieczeniowym tylko na podstawie dokumentów zażądanych przy pierwszej rozmowie z agentem, i że nie trzeba było niczego uzupełniać. Miało wystarczyć oświadczenie o stanie zdrowia? Cóż, "w trakcie procedury okazało się", że potrzeba jeszcze wyników badań za ostatnie trzy lata i karty szpitalnej sprzed lat dziesięciu. Uwierzyłeś, że bank zaufa Twojemu oświadczeniu o dochodach, jak obiecywał w reklamie? Naiwny głupcze, rezerwuj już sobie dzień na wyjazd do skarbowego po plik zaświadczeń, ewentualnie do księgowości po wydruki. "No właśnie się okazało, że w tym wypadku...".

Mechanizm jest perfidnie prosty. Podręcznikowa, cialdinowska technika "niskiej piłki": jeśli zaangażowałeś się łapiąc pierwszą atrakcyjną ofertę, to tak łatwo nie zrezygnujesz. To, że w ten sposób buduje się Twoją nielojalność już przy pierwszym kontakcie, marketerzy mają gdzieś. W razie czego będzie się z tym bujał dział utrzymania klienta.

Od banku wolisz loterię? Proszę, "Milion do wygrania!". Zacznijmy od tego, że nie cały milion, bo pomniejszony o podatek od wygranej, o czym reklama milczy. "Wyślij SMS a dostaniesz nagrodę" - ta praktyka jest akurat wyraźnie zakazana ustawą, ale co z tego? "Do wygrania 100.000!!!" - wrzeszczy z reklamy wyróżniona liczba, choć w tym akurat wypadku sto tysięcy to suma nagród, z których największa wynosi 100 złotych, i to pod dodatkowymi warunkami.

Sprawa robi się poważniejsza, gdy chcesz uzbierane pieniądze zainwestować. To, co dzieje się w branży budowlanej, to już prawdziwa granda. Dom z krzywymi ścianami i dziurami w posadzce bywa uznawany za zgodny ze sztuką, dopóki wkurzony klient po latach czekania w sądach i po tysiącach wydanych na rzeczoznawców nie udowodni, że jest inaczej. Trzeba było aż wyroku Sądu Najwyższego, by "protokoły odbioru" podpisywane na kolanie w dniu zakończenia budowy nie były traktowane jak cyrograf uniemożliwiający dochodzenie roszczeń od fuszerów.

Na drobnych kłamstewkach (lub "swobodnym podawaniu prawdy") jest zbudowany nie tylko biznes. "I nie opuszczę cię aż do śmierci"? Pięknie to brzmi, ale statystyka jest nieubłagana. Co roku w Polsce orzeka się 65 tysięcy rozwodów - to aż jedna czwarta liczby zawartych w tym czasie małżeństw. Twoje szanse na rozwód drastycznie rosną, jeśli Twoje małżeństwo nie ma jeszcze czterech lat. Z kolei po 13 rocznicy ślubu możesz uważać się za szczęściarza, bo tyle lat średnio trwają małżeństwa rozwiedzione. "Do śmierci" to przesada taka sama jak "do ostatniej kropli krwi" z wojskowych przysiąg: żołnierz ma krwi w żyłach jeszcze całkiem sporo, gdy kończy się jego udział w bitwie. Oba zwroty są jednak tak wzruszające, że nikt nie odważy się ich tknąć.

Przyrzeczenia abstynenckie składane "na komendę" przez dzieci przystępujące do katolickiej Pierwszej Komunii to już grubsza sprawa. Każdy wie, że to pic. Statystycznie do "osiemnastki" wytrwa bez jakiegokolwiek alkoholu (wliczając piwo) tylko jedno dziecko na dwadzieścioro. Każdy wie, że dzieci powtarzające antyalkoholową formułkę nie są jej nawet do końca świadome, przejęte uroczystością i prezentami. Kto w tym wypadku odpowiada za bluźnierstwo, "branie imienia Pana Boga twego nadaremno"? Dziewięcioletni dzieciak? Nadgorliwy ksiądz? Nieasertywni rodzice? Co jest gorsze: to, że "komunista" o obietnicy zapomni, zagubi ją wśród innych pobożnych formułek wyrecytowanych tego dnia, czy że - przeciwnie - zapamięta, a potem słowa nie dotrzyma?

Czy potem można się dziwić, że na podobnej bujdzie (czasem uroczystych zaklęciach, a czasem zwykłym oszustwie) opiera się także polityka i rządzenie Twoim krajem?

Miały być mieszkania dla młodych małżeństw (prawdziwe jak dyplom magisterski autora tej obietnicy). Miało być rozliczenie aferzystów, poległe niebawem w starciu z parlamentarną arytmetyką. Każdy minister proponujący podwyżkę podatków miał być przez pewnego premiera "osobiście wyrzucony z rządu" - tego samego rządu, który potem postanowił podatki podwyższyć, zarzekając się do ostatniej chwili, że to tylko plotka. Pomniejsze kłamstewka już nawet umykają uwadze; przyzwyczailiśmy się do nich, jak do dziur w drodze i smrodu w pociągach.

Uważaj na to znieczulenie. Jeśli prawda wyzwala, to co z Tobą robi wszechobecne oszustwo?

środa, 2 marca 2011

Było licencjatów wielu

"Maturę - haaa... - nie każdy musi mieć..." - mawiała z charakterystycznym sapnięciem profesor Szczepańska, matematyczka z mojego liceum. I chociaż sam matematycznym orłem nie jestem, wypada mi się z panią profesor zgodzić.

Niestety, od mojej matury świat poszedł do przodu, "postęp postępuje", i teraz nie tylko maturę, ale i dyplom każdy musi mieć. Choćby był to bezwartościowy świstek, dumnie figuruje w niemal każdym CV.

Ma to jednak swoje konsekwencje.

Media zachłysnęły się niedawno wynikami badań przeprowadzonych wspólnie przez Bibliotekę Narodową i OBOP. Otóż okazało się, że 56% Polaków nie czyta książek - a do "książek", co ważne, zaliczono w tym badaniu albumy i poradniki kucharskie. Co więcej, Polacy nie czytają nawet stron internetowych wymagających więcej niż dwóch kliknięć (czyli mój blog jeszcze się nie łapie). Zaledwie 12% badanych przeczytało w ubiegłym roku więcej, niż 6 książek.

Szczególne zaniepokojenie badaczy wzbudził jednak fakt, że książek nie czyta aż co piąty Polak z wyższym wykształceniem, w tym pełniący funkcje kierownicze.

Dziwi to kogoś? Mnie to nie dziwi. Zanim wyobrazisz sobie nieczytających profesorów i wtórnie niepiśmiennych dyrektorów przedsiębiorstw, zastanów się, kto to taki ten "wyżej wykształcony" i "kierownik". Dla statystyka kierownikiem jest "menedżer do spraw kluczowych klientów", ale jego kolega "handlowiec", mimo identycznego zakresu obowiązków - już nie. Dla statystyka nie ma różnicy między magistrem filozofii po Uniwersytecie Warszawskim, a licencjatem kosmetologii z Wyższej Szkoły Zawodowej w Czarnej Dziurze, powiat hrubieszowski.*

Nie wartościuję: licencjat kosmetologii ma (poza idiotycznym tytułem) twardy, porządny zawód, a "mgr" - o ile nie zostanie na uczelni kształcić kolejnych bezrobotnych - może sprzedawać frytki w budce przed czarnodziurską Alma Mater. Faktem jest jednak, że studia filozoficzne rozwiną czytelnicze potrzeby bardziej, niż - by zostawić już w spokoju tę nieszczęsną kosmetologię - licencjat z marketingu i zarządzania.

Rozwiną, bo sam nawyk czytania bierze się z domu i albo się go ma, albo nie. Moja babcia, świetna krawcowa, czytała całe życie - w przeciwieństwie do znanych mi doktorów renomowanej uczelni. Dyplom nie ma tu nic do rzeczy, zwłaszcza w kraju z inflacją dyplomów.

I tu jest pies pogrzebany: biadanie nad miernym czytelnictwem i ogólnie erudycją osób z dyplomem jest hipokryzją, jeśli wcześniej pozwalało się (i pozwala nadal) na rozdawanie dyplomów na lewo i prawo.

To jakby przymknąć oko na fabryczny brak hamulców w samochodach - ba, ustawowo zezwolić na taką oszczędność i uznać ją za normę - a potem dziwić się, że wzrosła liczba wypadków.

Można się oczywiście śmiać z sondażu opublikowanego kiedyś w "Newsweeku", według którego tylko 66% Polaków wie, że Ziemia nie jest centrum wszechświata (a 11% nie jest pewnych). Można się pośmiać z ulicznych sond, według których w 1991 roku w Niemczech upadła Trzecia Rzesza. Ale co tam sondy: mój znajomy teolog dowiedział się niedawno od egzaminowanej studentki pedagogiki, że Księga Wyjścia opisuje wyprowadzenie chrześcijan z Egiptu przez Jezusa... Kopiowanie prac zaliczeniowych - już nie od mądrzejszego kolegi, ale z Wikipedii - staje się powoli normą, o ile już nią nie jest.

Takie "kwiatki" nie są jednak przejawem nieuctwa tej czy innej osoby, ale świadczą o szerszym zjawisku. Właśnie o inflacji wykształcenia. Kiedyś panienka od Księgi Wyjścia nie pomyślałaby nawet o pójściu na studia, tylko zdobyła nieprzekraczający jej możliwości zawód lub została bogato wydana za mąż. Tłumy dziewiętnastolatków nie szturmowałyby dziekanatów "marketingu i zarządzania", gdyby ktoś im nie wmówił, że wtedy będą bardziej wartościowymi ludźmi.

(Przy okazji polecam artykuł mojego kolegi, profesora Adama Wielomskiego; znajdziesz go klikając w TEN LINK. Baaardzo ciekawe obserwacje, w dodatku pochodzące od praktyka.)

Wmówiono więc tysiącom młodych ludzi opuszczających szkoły średnie, że nie tylko "maturę - haaa... - każdy musi mieć", ale że dodatkowo każdy musi mieć jeszcze dyplom wyższej uczelni. Był popyt, pojawiła się więc podaż. W każdym mieście pojawiła się więc "wyższa szkoła zawodowa" lub choćby "koledż". Dawne "wyższe szkoły pedagogiczne" to dziś "akademie", a dawne "akademie" to "uniwersytety przymiotnikowe". Zastanawiałem się nawet, czy - konsekwentnie - dyplomy starych uniwersytetów nie zostaną awansowane na "Nagrody Nobla", ale tu zdaje się jakieś prawa mają Szwedzi.

Kiedyś młodzież opuszczała rodzinne pielesze, by zdobywać mądrość i obycie w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu czy Warszawie. Kto nie miał szczęścia urodzić się w jednym z takich miast, zarazem uczył się samodzielnego życia na stancji lub w akademiku. Dziś dyplom magistra można zdobyć w takich bogato wyposażonych w biblioteki, teatry i pozostałe kulturalne zaplecze tradycyjnych ośrodkach akademickich jak Wołomin, Ryki czy Józefów. Nie mam nic do tych miejscowości, jednak pięć lat studiów to chyba jednak coś więcej niż słuchanie wykładów i wkuwanie podręczników. Ostatecznie to można robić także on-line.

Można więc mieć dyplom, ale nie mieć nawyku czytania. Pal jednak sześć czytanie. A kojarzenie faktów, znajdowanie analogii, posiadanie własnych (!) poglądów i umiejętność ich uzasadnienia? Można należeć statystycznie do inteligentów, ale nie mieć inteligencji: "zdolności do postrzegania, analizy i optymalnej adaptacji do zmian otoczenia". Można mieć dwa fakultety, ale nie umieć się zachować w grupie. Można mieć formalnie wyższe wykształcenie i nie mieć podstawowych umiejętności społecznych.

Za kilkanaście lat - o ile ten świat jeszcze tyle potrwa - właśnie takich będziemy mieli wykładowców, szefów, urzędników i polityków. Już zaczynamy takich mieć - ale wciąż jeszcze możemy się temu dziwić. Dziś możemy się śmiać z gaf prezydenta, z bełkotu w urzędniczych pismach, z nowomowy w kazaniach. Za 10-15-20 lat może się okazać, że już nie ma się kto śmiać razem z nami, bo nikt nie czyta niczego, co jest dłuższe od wpisu na Twitterze.

Nic to, że nie czyta: gorzej, że nie rozumie, bo nie myśli samodzielnie. 

Ten felieton miał 878 wyrazów, czyli więcej, niż opis koncertu Jankiela z "Pana Tadeusza". Przeczytałeś? Gratuluję!


*Skoro jesteśmy przy licencjacie: w Citibanku (w którym chyba wszyscy pracownicy mają jakiś dyplom) wyższe wykształcenie klienta wpisuje się do jego danych jako "magistrat"...

czwartek, 27 stycznia 2011

Select language: polski

Ledwie umieściłem felieton "Niech cię licho, Heinrich", gdy rzeczywistość dopisała do niego ciąg dalszy. Otrzymaliśmy właśnie z Żoną radosną wiadomość od banku obsługującego nasze konto firmowe. Autentyk, i to świeży, więc cytuję:

"Do Systemowy Użytkownik
Temat Przelewy z kart obciążeniowych / kart kredytowych w PekaoFIRMA24
Szanowni Państwo,
Uprzejmie informujemy, że w systemie PekaoFIRMA24 została udostępniona funkcjonalność wykonywania przelewów w ciężar kart kredytowych / kart obciążeniowych na rachunki własne prowadzone w Banku Pekao S.A.
Aby uruchomić nową funkcjonalność wystarczy skontaktować się z Doradcą w Oddziale banku. Na etapie uruchamiania mogą Państwo zdecydować, którzy użytkownicy systemu PekaoFIRMA24 powinni mieć dostęp do nowej funkcjonalności oraz wybrać karty, z których możliwe będzie zlecenie przelewu.
Przelewy z kart realizowane są 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Opłata z tytułu realizacji takiego przelewu została określona w "Taryfie prowizji i opłat bankowych dla Klientów Biznesowych (małe i mikro firmy)".
Więcej informacji na temat nowej funkcjonalności mogą Państwo uzyskać na Infolinii PekaoFIRMA24 pod numerem [...].
Z poważaniem
Bank Pekao S.A."
Fajnie, cieszę się że mam nową możliwość. Prawdę mówiąc, wolałbym aby ten system po prostu działał "24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu", co niestety dziś wydaje się dla banku standardem nieosiągalnym. Ale, niech tam, ważne że coś robią.

Tylko po jakiemu to jest napisane???!!!

Skąd oni wzięli "funkcjonalność wykonywania przelewów w ciężar kart"? Z protokołów KC PZPR? Nie, wtedy nie było kart kredytowych. Gdyby nie to, że przez ładnych parę lat pracowałem w księgowości, może bym też uwierzył, że tak rozmawiają księgowi. Ale nie, też pudło. A więc kto posługuje się takim językiem?

Czy normalny klient mówi do swojej żony, normalnej klientki:

- Wiesz, kochanie, muszę wykonać przelew w ciężar naszej karty kredytowej.
- Och, misiu, a czy mamy już udostępnioną taką funkcjonalność?
- Jako systemowy użytkownik powinnaś już to wiedzieć.. tfu, to jest powinnaś posiadać taką wiedzę.

A może raczej:
- Kochanie, czy wiesz że od dzisiaj możemy robić przelewy z karty?
- Całą dobę?
- Tak,  wystarczy zadzwonić.

Czy to jest naprawdę takie trudne, napisać to po polsku i zrozumiale?

Czy każdy kto ma w Polsce odrobinę władzy - od prezydenta przez urzędnika bankowego aż do pokurcza stojącego z walkie-talkie przy wejściu do hipermarketu, zwanego żartobliwie "agentem ochrony" - musi od razu posługiwać się napuszoną nowomową? Przecież na co dzień - podejrzewam - ci sami ludzie mówią zrozumiale ("barman, poproszę dwa piwa", a nie "panie doradco konsumencki, chciałbym uruchomić funkcjonalność browarniczą, sztuk dwie"). Co się zatem dzieje?

Dlaczego menedżer który mówi do kolegi "lecę stary, muszę jeszcze ochrzanić Kowalskiego za spóźnienie" za chwilę wzywa tego Kowalskiego "celem udzielenia mu negatywnej informacji zwrotnej w obszarze dyspozycyjności"?

Co takiego sprawia, że siadając przed służbowym komputerem lub telefonem - szczególnie w urzędzie lub wielkiej korporacji - ludzie od razu zaczynają rzucać "funkcjonalnościami", "czasookresami" i "posiadaniem wiedzy"? Dlaczego zaczynają robić wszystko "w dniu dzisiejszym" (zamiast po prostu "dzisiaj"), "estymować" (zamiast "szacować" lub "przewidywać") i wszystko mieć "dedykowane" (zamiast "przeznaczone")?

Po co to robią ? By poczuć się ważniejsi? Mądrzejsi? Wyleczyć kompleksy?

A może to taki wyrafinowany sposób okazania pogardy klientowi: "Musimy cię poinformować, ale mamy cię w wielkim żubrzym dupsku z naszego logo, więc napiszemy tak, żebyś nie zrozumiał, tępaku"?

Po co komu język, który nie służy do komunikacji?

niedziela, 23 stycznia 2011

Niech cię licho, Heinrich

"No, ja się nie chcę wymandrzać..." - zastrzegła wczoraj księgowa pięciogwiazdkowego hotelu w rozmowie z moją Żoną. Jej kolega z innej firmy poproszony przeze mnie o dodatkowe informacje powiedział, że zna je tylko kierownik, a jego chwilowo "nie ma na obiekcie". To znaczy - w biurze. Szukający mnie telemarketerzy regularnie nie odmieniają mojego nazwiska lub je przekręcają, mimo że czytają z ekranu komputera, który mają przed nosem. "Czy rozmawiam z panem Jerzy yyyy... yyyy... Rządkowski?"

Bartek Stolarczyk, mój szkoleniowy partner, wydaje właśnie podręcznik sprzedaży telefonicznej i podsuwamy mu z Agatą co ciekawsze kwiatki jako przykłady do kolejnych książek. Telemarketingu Bartek nauczy, bo to fachowiec, ale na naukę języka polskiego pewnie jest już za późno. Teraz można już tylko mieć pretensję do "pani" od nauczania początkowego. "Żadne studia nie zastąpią gruntownie ukończonej szkoły podstawowej", mawiał mój Tata, inżynier z duszą humanisty i pasją przyrodnika, a ja się pod tym podpisuję obiema rękami.  

Język większości Polaków przypomina więc ściek - i nie chodzi mi tu wcale o dosadne słowa, bo czasem tylko wulgaryzm oddaje rzeczywistość za oknem.

Nagminne przedstawianie się od nazwiska ("Kowalski Jan"). Masakrujące uszy "włanczanie". Skopiowane z urzędniczej nowomowy "w dniu dzisiejszym" i "w miesiącu lipcu". Pisanie i mówienie "w cudzysłowiu". Pseudoelokwentne "w każdym bądź razie" i "bynajmniej" (w błędnym znaczeniu "przynajmniej", zamiast "ani trochę"). "Tą książkę" zamiast "tę książkę". "Na magazynie" i co gorsze "na sali (szkolnej)". Obleśne "przyszłem i poszłem". Cholera, nawet głupi komputer poprawił mi to przed sekundą na "przyszedłem i poszedłem". Nawet komputer!

Czasem czuję się jak Adaś Miauczyński z "Dnia świra" - uczą się tego wszyscy w szkole i na kursach i wszystko jak krew w piach, "w càłej Pòlsce, k...!"

Odkąd hitem poradni psychologicznych stało się "zaświadczenie o dysleksji", całe masy poczuły się zwolnione od jakiejkolwiek umysłowej aktywności i pracy nad sobą. "Pszeprazsam za błendy ale mam dyzlegsje" - pisze co drugi uczestnik forum internetowego, który nie ma żadnej dysleksji, tylko śmierdzące lenistwo. Sprawdzanie pisowni jest przecież dostępne w komputerze po paru kliknięciach. Cóż, sam miałem - jakby to dziś nazwać - "zaświadczenie o dyswuefii", co wynikało bardziej ze wstrętu do sportu niż z lenistwa. Mam jednak wrażenie, że całe pokolenia Polaków zapadają dziś na dysscholię.

Problem jest bowiem poważniejszy, niż tylko przestrzeganie reguł gramatyki i ortografii. Polska szkoła wypuszcza każdego czerwca kolejne dziesiątki tysięcy ludzi, którzy nie rozumieją prostego tekstu, którzy nie kojarzą faktów, którzy nie potrafią odczytać najprostszych literackich czy historycznych aluzji. Bo i niby jak ma to potrafić ktoś, dla kogo cała literatura to "Gala" i "Fakt", a obowiązek przeczytania jednej książki do egzaminu jest aktem prześladowania studentów, faszyzmem prawie równym odebraniu zniżki na pociąg podmiejski? Nie czytają więc, a jeśli nawet, to nie rozumieją. Sorki, offcoz "nie rozumią".

"Nie rozumią" i nie mają motywacji, aby rozumieć. Jeśli wierzyć mediom, przewodnią siłą narodu są "młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków", a oni wszystko robią dobrze z definicji, co nie? Tak naprawdę to tylko "młodzi". Do "dużego ośrodka" dojeżdżają póki co rannym pociągiem, a wykształcenie to dumny licencjat w Wyższej Szkole Marketingu, Zarządzania, Pedagogiki, Turystyki, Nauk Politycznych i Wszystkiego Najlepszego. Podsłuchałem kiedyś rozmowę dwóch studentek takiej wszechnicy (wiem, to brzydkie, ale mówiły naprawdę głośno). "Jak można za błędy ortograficzne obniżać ocenę z kolokwium?!". Fakt, skandal. Najpierw trzeba było wychłostać polonistkę z podstawówki i rozstrzelać dyrektora liceum, który podpisał się pod maturą.

Żeby oddać sprawiedliwość, zjawisko dotyczy nie tylko wytapetowanych na różowo blondi, biednych ofiar owczego pędu po bezwartościowe dyplomy. Szkolne braki mają często ich wykładowcy, księża i wysocy funkcjonariusze publiczni, czyli - teoretycznie - elita narodu.

Swego czasu jeden z polityków komentując "spontaniczny" protest pewnej grupy zawodowej zasugerował zewnętrzną inspirację tego protestu. Błąd owego działacza polegał na tym, że uczynił to słowami "inni szatani byli tam czynni". Cóż to się działo! Połowa jego politycznych rywali poczuła się obrażona porównaniem ich do diabła (jak leciało to przysłowie o nożycach i stole?). Reszta posądzała autora wypowiedzi o szaleństwo przejawiające się wiarą w szatana. Zastanawiająca, nawiasem mówiąc, w katolickim kraju ta niewiara w osobowe zło... Nikt jednak z naszych światłych przedstawicieli - ani opisujących spór dziennikarzy - nie pokumał, że to cytat z "Chorału" Kornela Ujejskiego ("Z dymem pożarów"), jednego z polskich hymnów.

("A to jest jakiś inny hymn poza Mazurkiem Dąbrowskiego?" - uprzedzam zdziwione pytanie szczęśliwych posiadaczy świadectwa maturalnego.)

Kiedyś czytałem o projekcie Heinricha Himmlera z czasów II wojny światowej. Szef SS marzył o przekształceniu Polaków w lud niewolników, a służyć miały temu zmiany w szkolnictwie. Polak miał tylko umieć się podpisać, liczyć do 500 i oduczyć własnego myślenia. Polacy mieli więc posłusznie słuchać tego, co im władza przez uliczne szczekaczki do wierzenia podaje i umieć skrobnąć swoje nazwisko pod czymś, czego nie rozumieją (nie tylko z powodu drobnego druku).

Tak więc na dzień dzisiejszy nie chcę się wymandrzać, ale w takim bądź razie Kowalskie Jany nie umią w życiu zastosować tego, co się na sali szkolnej jako Jasie uczyły. Tą obserwację mam bynajmniej cały czas, włanczając w to miesiąc styczeń dwutysięcznego jedenastego roku.

Niech cię licho, Heinrich. Wykrakałeś.

środa, 19 stycznia 2011

Na kursie i na ścieżce

W badaniu przyczyn katastrofy lotniczej jest istotne, kto i kiedy popełnił błąd. Nauka pilotażu to w dużej części "case studies" niedopełnionych procedur. Rzadko kiedy katastrofę powoduje przypadkowy piorun, którego w danym miejscu i czasie nie powinno być. Częściej jest to błędna komenda, niedokręcona śruba lub nieuwzględnienie jakiejś informacji. To wszystko jest ważne, by podobnych zdarzeń uniknąć w przyszłości.

W przypadku katastrofy państwa - okoliczności są ważne tylko dla historyków. "Historia uczy, że historia niczego nie uczy". Przypadki Argentyny, Grecji, Portugalii czy Polski będą ciekawostką na studiach (pytanie, czy zrozumiałą, patrząc na pikujący w dół poziom studentów). Może jeszcze jakiś publicysta w odległym kraju użyje ich jak przestrogi ("oj, żebyśmy tylko nie skończyli jak Polska") i...

...i tyle. Rządzenie przy pomocy propagandy sukcesu (pomieszanej z propagandą nienawiści do konkurencji), szastanie publicznymi pieniędzmi i arogancja  władzy są zbyt silnie związane z zawodem demokratycznego polityka, by zmienił to kazus jakiejś odległej Polandii czy Islandii. Widocznie byli nieostrożni albo mieli pecha, ci Polacks. Nam się uda.

Dalej więc nasi aktualni władcy będą kreatywnie kombinować, jakby tu ukryć rosnący publiczny dług. "Może nie policzymy, koledzy, podatku na emerytury i nazwiemy go składką na ubezpieczenie? Może podwyższymy o 16% podatek na ubranka dziecięce i dorżniemy 23-procentowym VAT-em  firmy szkoleniowe? A może zrabujemy pieniądze obywateli wysyłane do drugiego filaru? O emeryturę i tak każdy musi się postarać, a poziom nauczania historii w szkole jest tak denny, że nikt nie pokojarzy tego z komunistyczną nacjonalizacją sprzed pół wieku. Wiemy, bo sami, koledzy, położyliśmy szkolnictwo w tym kraju."

Jednak cokolwiek by nie robili, nic nie powstrzyma zbliżającej się katastrofy publicznych finansów. Ani opodatkowanie niemowląt, ani rozpoczęcie likwidacji rynku wolnych usług edukacyjnych, ani kradzież OFE. To jest jedna z tych rzeczy, których historia uczy wyjątkowo nieskutecznie: przebieg może być różny, upadek państwa może nadejść szybko lub jeszcze szybciej, ale nadchodzi. Nigdy nie pojawia się na horyzoncie kawaleria z odsieczą.

Bal na Titanicu trwa więc w najlepsze, prezydent z premierem bawią nas codziennie kolejnym odcinkiem komedii pod tytułem "Odchudzamy administrację o 10%". Od czasu do czasu w niebo wytryskują fajerwerki w rodzaju "Cała Polska walczy z dopalaczami", "Parytety dla kobiet - 35 czy 50%?" albo "Jeden z pasażerów tupolewa miał nieważną kartę rowerową". Tradycja ta jest bardzo stara. Już w starożytnym Rzymie lud żądał chleba i igrzysk, ale w braku chleba zadowalał się i samymi igrzyskami.

Na dodatek nasi władcy są w tej szczęśliwej sytuacji, że dysponują całkiem sporą rzeszą ogłupiałych zwolenników. Oni bez zastanowienia poprą najbardziej absurdalny pomysł i najbardziej łajdackie posunięcie rządu. Na internetowych forach grupa ta doczekała się nawet własnego określenia - "lemingi" - ku czci mało rozgarniętych zwierzątek biegnących stadnie na oślep, choćby i ku własnej zagładzie.

"Tak, tak, tak musi być". "Tak, tak, to dla naszego dobra". "Jeśli ci się nie podoba, to jesteś oszołom, moherowy beret i popierasz Łukaszenkę". Oto język leminga.

Podwyższają Ci podatki? "Tak, tak, tak musi być."

Wysyłają Twoje dziecko rok wcześniej do szkoły żeby "miało lepszy start"? "Tak, tak, to dla naszego dobra."

...ale potem zakazują uczyć to dziecko czytać i pisać w wieku przedszkolnym, mimo że się do tego garnie? I mimo, że przedszkolanki są gotowe to robić, a Ty jako rodzic sobie tego wyraźnie życzysz?  "Tak, tak, tak musi być."

Prezydentka największego miasta w Polsce mówi, że "do śniegu się można przyzwyczaić", więc o odśnieżaniu ulic zimą przez służby komunalne możemy niebawem zapomnieć?  "Tak, tak, to dla naszego dobra."

Biorą od Ciebie odciski palców przy wyrabianiu paszportu? "Tak, tak, tak musi być."

Każą ci wyrabiać kolejną wersję dowodu osobistego, z czipem albo bez, choć są kraje znacznie większe od Polski, które w ogóle obywają się bez takich dokumentów? "Tak, tak, to dla naszego dobra."

Zresztą, kto by się przejmował takimi drobiazgami, skoro wszystko idzie w dobrym kierunku. Jesteśmy zieloną wyspą na oceanie światowego kryzysu, a o szóstej rano dzwoni do drzwi mleczarz zamiast siepaczy z CBA. Mimo przejściowych trudności nadal wiele znaczymy w transporcie kolejowym, a Stadionem Narodowym mówimy niedowiarkom, że to nie jest nasze ostatnie słowo.

Grunt więc, że wszystko jest "na kursie i na ścieżce". A kto nie wierzy, ten syf.

wtorek, 7 grudnia 2010

Stoi na stacji lokomotywa (345 minut)

Pisząc ten tekst (7 grudnia, 21:45) jadę pociągiem InterCity z Krakowa do Warszawy. Właśnie musiałem kupić od konduktora nowy bilet, choć już jeden miałem. Zamiast odstać swoje w kolejce na dworcu PKP, poprosiłem bowiem o kupienie biletu moją Żonę, ona zaś postanowiła skorzystać z Internetu i zapłacić swoją kartą. Błąd! Wytknął mi go ów konduktor - na bilecie są dane właściciela karty (czyli mojej Żony), a na fotelu w pociągu są moje pośladki. Ta jaskrawa niezgodność powoduje, że mój bilet jest nieważny.

Czy spółka PKP-IC sprzedaje miejsca imienne, jak w samolocie? Nie. W każdej kolejowej kasie będąc zupełnie anonimowym Nikim mogę kupić dowolny bilet na dowolny pociąg i dać go dowolnie wybranej osobie. Czy mając w bazie imię i IP nabywcy biletu wyśle mu imieninowe życzenia? Nie.

Nie jest to też - o dziwo - kolejny wyrafinowany sposób na wyciągnięcie pieniędzy od pasażerów. Z tego co mówił konduktor moja reklamacja zostanie rozpatrzona pozytywnie i dostanę zwrot pieniędzy za jeden bilet (ten internetowy). Zobaczymy.

Konduktor wypisał nowy bilet. "Ja tylko wykonuję polecenia" - stwierdził, co jakoś dziwnie mi się historycznie skojarzyło. Czasem "tylko wykonywanie rozkazów" oznacza wysłanie do gazu paru milionów ludzi. Tu na szczęście skończyło się tylko na wysłaniu mnie i jeszcze kilku współpasażerów do bezsensownej kolejki na Dworzec Centralny w Warszawie. Tam też tylko wykonują rozkazy, więc kobieta w okienku rozpatrzy moją reklamację. Sprzątaczka dworcowa zamiecie błoto po kolejce innych czekających do tego samego okienka w podobnych sprawach. Ktoś podstempluje, ktoś zatwierdzi, ktoś policzy, ktoś wepnie do segregatora. Pasażeroreklamacje wejdą do opasłych sprawozdań razem z tonokilometrami, osobodobami i innymi statystycznymi potworkami.

Ta nikomu niepotrzebna praca będzie trwała, trwała i trwała, przerwana co najwyżej na chwilę kolejnym strajkiem kolejowych związkowców. Wąskie strużki reklamacji w bzdurnych sprawach codziennie zlewają się w wielką rzekę bezsensownej roboty, dającą życie tysiącom ludzi w tysiącach instytucji, które bez tego byłyby zbędne. Kolej (a właściwie jej wszystkie rozpączkowane spółki-matki i spółki-córki). Poczta. Firmy dostarczające gaz i prąd, które mimo nowoczesnego wizerunku są często polakierowaną wersją PRL-u. Urzędy.

Czy to jest naprawdę takie trudne: sprawdzić gdzie na świecie jest najlepsza poczta, najmniejsza biurokracja, najsprawniejsza służba zdrowia i najbardziej przyjazna kolej, a potem po prostu skopiować?

Czy w czasie kolejnej "wizyty studyjnej" prezes PKP nie mógłby, między jednym szampanem a drugim, zapytać swojego szwajcarskiego kolegi: "Słuchaj, Hans, jak ty to stary robisz, że te wasze Bahnen są takie czyste i punktualne? Fersztejen, Hans? Bo my w Polen niśt fersztejen."

Albo czy nie mógłby chociaż zadzwonić do Jona ze Sztokholmu i zapytać, jak szwedzkie koleje radzą sobie ze śnieżycami, bez ogłaszania "ulegnięcia opóźnieniu o 345 minut"? Tym ostatnim szczególnie byłaby zainteresowana moja Żona, podróżująca ostatnio do Poznania.

O tym, że dyrektor Poczty Polskiej zadzwoni z podobnym pytaniem do swojego kumpla Johna z Royal Mail nawet nie marzę.

Na razie jest więc tak, że przez Internet mogę kupić bez problemu bilet do teatru, bilet do kina i w ogóle zapłacić komukolwiek za cokolwiek, chyba że jest to bilet PKP.

Jeśli przez najbliższą godzinę mój pociąg nie "ulegnie opóźnieniu" przez coroczną zimę stulecia, która - cóż za niespodzianka! - przyszła do nas w grudniu, to może jeszcze dziś sprawdzę reklamacyjną procedurę PKP.

Powymyślali jakieś internety. A dalej, w kolejkę stać i morda w kubeł! Postoi na śmierdzącym dworcu przed okienkiem ze sfrustrowaną życiem kasjerką, to inaczej zacznie gadać!

sobota, 4 grudnia 2010

Kiedyś

Pochodzę z Piotrkowa Trybunalskiego. Jeżeli jeździsz trasą Warszawa-Katowice, to mijasz Piotrków z boku, między motelem w Polichnie, a wielką bełchatowską hałdą wyrastającą znienacka z równiny koło Kamieńska. Z trasy widać szare blokowiska, choć ja pamiętam swoje miasto jeszcze bez nich. Tam, gdzie dzisiaj dwupasmowa ulica prowadzi wśród bloków do wielkiego, postmodernistycznego kombinatu parafialnego, kiedyś malownicza wąska droga biegła wśród ogrodów do pachnącego kadzidłem i żywicą małego drewnianego kościoła.

Mimo wszystko, nadal między betonowymi klockami można dostrzec urok tego miasta, jeszcze majaczący pod warstwą powszechnej bylejakości. Utrzyma się? I jak długo?

W Piotrkowie mojego dzieciństwa całe życie toczyło się niegdyś wokół jednej fabryki. Jednego "zakładu pracy", jak mówiono w PRL. Oczywiście były i inne "zakłady", ale i tak najważniejsza była "Pioma". "Pioma" produkowała maszyny górnicze i była prawdziwym potentatem. Miała swoje osiedla, swój klub sportowy i swój stadion, wybudowany na ostatnie komunistyczne dożynki. Miała swoje szkoły i przychodnię lekarską. Parę tysięcy dzieci pracowników jeździło w wakacje na zakładowe kolonie lub z rodzicami na wczasy do zakładowych ośrodków. Dzieci dostawały też od fabryki paczki na święta, a zmarli pracownicy - orkiestrę górniczą na pogrzebie. Miasto w mieście.

Oczywiście po bankructwie PRL wiele się zmieniło. Maszyny górnicze nie były już tak potrzebne, więc fabryka chwytała się jakichkolwiek zamówień, byle tylko utrzymać malejącą produkcję. Pozbyła się mieszkaniowo-sportowego imperium, które stało się zbędnym balastem. Na miejscu dożynkowego stadionu zbudowano supermarket.

Kilkanaście lat temu miałem w swoim życiu ciekawy epizod - ukończyłem szkolenie dla agentów ubezpieczeniowych. Uczono nas tam, jak rozmawiać z klientami, jak obliczać składki i oczywiście jak sprzedawać polisy. Ostatecznie agentem nie zostałem, bo jakoś nie poczułem do tego "smykałki". Zapamiętałem jednak rozmowy z piotrkowskimi znajomymi, wpisanymi na listę moich pierwszych potencjalnych klientów.
- O, nie, wiesz, teraz to trzeba liczyć kasę, bo w "Piomie" źle się dzieje i zaraz będą zwalniać. Może kiedyś...
Trudno dyskutować z takim argumentem, zwłaszcza powtórzonym kilka razy przez różne osoby? Tak myślałem wtedy, dziś wiedziałbym jak zareagować na zastrzeżenie Klienta typu "nie teraz". Tłumaczył mnie wiek i brak doświadczenia. Ubezpieczeniowy epizod przeszedł do historii, zająłem się (ze znacznie większym powodzeniem) wieloma innymi sprawami.

Niedawno w tym samym mieście załatwiałem jakieś formalności. Była okazja do spotkania z tymi samymi znajomymi, starszymi - jak i ja - o 12 lat. "Co słuchać, stary?"
- Nawet nie pytaj, źle się dzieje. Podobno w "Piomie" będą ludzi zwalniać. Czekamy, co będzie. Ech, kiedyś było inaczej...

Rozumiesz? Przez 12 lat kilkudziesięciotysięczne miasto (a przynajmniej spora jego część) żyje na mentalnych walizkach, bo "w Piomie będą zwalniać". Od kilkunastu lat tysiące ludzi są pogrążone w apatii, bo "będzie źle".

Przez 12 lat można skończyć trzy kierunki studiów (a dwa bez wysiłku). Przez 12 lat zdążyłem poznać swoją Żonę, ożenić się, zostać ojcem, zdobyć dwa nowe zawody, rozkręcić firmę, dwa razy się przeprowadzić… Zrobiłem też parę głupich błędów, ale przynajmniej miałem okazję je zrobić. Nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałem, ale na pewno gdzie indziej, niż 12 lat temu.

W którym miejscu Ty jesteś?

Czy nie jest tak, że od roku - dwóch - pięciu - dwunastu - tkwisz w wiecznym "kiedyś"? "Kiedyś będę szefem sam dla siebie". "Kiedyś założę firmę". "Kiedyś schudnę". "Kiedyś będę miał dużo pieniędzy". "Kiedyś rzucę w cholerę to wszystko". "Kiedyś będę realizować swoje marzenia".

Kiedyś.

Ale kiedy?

Pomyśl, bo łatwo możesz przeoczyć moment, w którym słowo "kiedyś" gwałtownie zmieni swój czas gramatyczny. Z przyszłego na przeszły. "Kiedyś mogłem zrobić inaczej". "Kiedyś było więcej możliwości". "Kiedyś nie było tych smarkaczy z prowincji, dybiących na moje stanowisko za połowę pensji".

To właśnie takie "kiedyś" musiało chyba spowodować, że w moim rodzinnym mieście istniało z woli radnych "Rondo Edwarda Gierka". On przecież symbolizował to "kiedyś" - gdy w opinii wielu trawa była zieleńsza, ludzie szczęśliwsi, a paczki świąteczne słodsze, bo cukierki były z cukrem, a nie z aspartamem. Ronda Gierka już nie ma, ale tylko dlatego, że z kolejnego starcia dwóch wizji historii wyszła zwycięsko ta druga. Mentalne walizki nadal stoją w przedpokojach, wciąż nierozpakowane. W całym kraju, bo z takich Piotrkowów składa się Polska.

W "Piomie" będą zwalniać, w centrali firmy przygotowują reorganizację, w Ameryce był kryzys (ekonomiści już się podniecają myślą, że znowu będzie - i znów będą mogli pobrylować w mediach jako eksperci). Będą powodzie, upały lub mrozy i śnieżyce. Gdyby było za mało, to zawsze państwo może zarządzić jakąś ptasią grypę albo wypowiedzieć bohaterską wojnę dopalaczom, przepełnionym furgonetkom, krzyżom czy aferzystom.

Naprawdę, jest tyle powodów, by nic konstruktywnego nie robić, że aż nie wiadomo, który wybrać. Bo "teraz" trzeba gasić pożar, ale "kiedyś" - to dopiero pokażemy, ileśmy warci!

A tak szczerze, to o jakim "kiedyś" pomyślałeś, czytając tytuł tego felietonu? O "kiedyś" w przeszłości, czy o tym przyszłym?