piątek, 24 maja 2013

Wyższa szkoła kolorowania drwali

Znajoma nauczycielka zauważyła ostatnio z przerażeniem, że uczniowie zatracają umiejętność odpowiadania na pytania otwarte. Jeśli są podane cztery odpowiedzi, odrzucenie dystraktorów przychodzi z mniejszym lub większym trudem, ale odpowiedź w końcu pada. Gdy to samo pytanie (choćby najprostsze) pojawia się bez listy gotowców do wyboru - panika w oczach i dramat. Powód? Bardzo prosty: sformatowanie umysłów pod testy.

Czy są temu winni uczniowie? Absolutnie nie. Czy zawinili nauczyciele? Niekoniecznie, bo przecież podstawą oceny szkoły jest właśnie "zdawalność" egzaminów testowych. Na to zwracają uwagę rodzice i kuratorium. Czy winne są władze oświatowe, ustalające podstawy programowe? Tu już nie spieszyłbym się z rozgrzeszaniem. Ale idźmy dalej: przecież arkusze testowe nie są wyłącznie wynikiem radosnej twórczości urzędników z CKE i MEN. Zatem - kto? Od kogo się to szaleństwo zaczęło?

Pewnie do tego nie dojdziemy. Może należałoby szukać winnego wśród pedagogów - teoretyków, powtarzających że "nie należy wymagać znajomości faktów, ale umiejętności posługiwania się nimi"? Hasło bardzo piękne, ale jak tu posługiwać się tabliczką mnożenia bez zapamiętania, ile jest 7x8? A może inwazję testów zawdzięczamy krytykom "przeładowania programów szkolnych"?

Z wyjątkową ostrością pokazuje to dowcip o zadaniach z drwalem. Stara matura: "Drwal ściął drzewo warte 200 złotych. Koszty wyniosły 20%. Ile zarobił drwal?". Nowa matura: "Drwal ściął drzewo warte 200 złotych, koszty wyniosły 40 złotych. Ile zarobił drwal?". Matura w (niedalekiej) przyszłości: "Drwal ściął drzewo i zarobił 160 złotych. Zakreśl kółkiem liczbę 160 i pokoloruj drwala". Dowcip? Powoli przestaje to być dowcipem.

Maj 2013, egzamin gimnazjalny z historii i wiedzy o społeczeństwie - wyłącznie pytania testowe, w dodatku wymagające najczęściej wyboru między odpowiedzią właściwą a absurdalnymi. Matura z historii - na 31 zadań żadne nie wymaga własnej wypowiedzi dłuższej niż cztery linijki. "Podkreśl poprawną odpowiedź", "wybierz jedną odpowiedź (z czterech)", czasem "wpisz odpowiedź" (jednowyrazową).

Szybkim krokiem zmierzamy więc do innego dowcipu, tym razem z czasów PRL, o egzaminie na zomowca: "Jaki kolor ma granatowy radiowóz: a) biały, b) biały czy c) granatowy?"

Oczywiście, sprawdzić test jest łatwo. Łatwiej, niż wyklinane kiedyś rozprawki na "wolny temat". Gdyby sprawę jeszcze bardziej zestandaryzować, niepotrzebni byliby nawet nauczyciele - egzaminatorzy. Jak na egzaminie dla kierowców: siadasz przy komputerze i klikasz: "Co zrobisz gdy widzisz czerwone światło: zatrzymasz się, dodasz gazu, włączysz klakson?" A, B, C, A, B, C. Sęk w tym, że przyszły kierowca po zaliczeniu testu wsiada do samochodu i wykonuje zadania praktyczne. Od maturzysty czy gimnazjalisty nikt tego nie wymaga - właściwie możnaby zintegrować system testowania z drukarką, która od razu wypluwałaby gotowe świadectwo. Najlepiej dla wszystkich z takimi samymi ocenami, bo przecież nikt nie może być wykluczony z systemu edukacji.  Obstawiony zaświadczeniami o wszystkich możliwych "dys-" możesz przejść przez ten system w miarę bezboleśnie. Ale co potem?

Bo najgorsze jest to, że efekty pedagogiki kolorowania drwali nie zostają tylko w szkolnych murach. Niedawno korzystaliśmy z nocnej pomocy lekarskiej dla Córki i przyjmował nas lekarz właśnie z pokolenia "gimnazjum + nowa matura". Zapisał lek, który do tej pory trzykrotnie dawał skutki uboczne, dające się złagodzić prostym środkiem osłonowym. Gdy poprosiliśmy o receptę na ten drugi specyfik, spojrzał na nas zaspanym wzrokiem i wydukał, że "to nie jest standardowa procedura". I nawet trudno mieć do niego pretensje: niestandardowych procedur faktycznie nie ma w testach. 

Co z tym zrobić? Żal mi przyszłego ministra edukacji, ktokolwiek nim będzie. Obecną, chorą oświatę należy zmienić, wątpliwości ma co do tego coraz mniej ludzi. Kłopot w tym, że przekształcić ją z fabryki niedouczonych posiadaczy świadectw w spójny system kształcenia ludzi myślących, łączących erudycję z kreatywnością, będzie bardzo trudno. Zepsuć jest łatwo, naprawić - ciężka sprawa. Czasochłonna. Ale, jak mawiają ludzie sukcesu, "czasem się nie przejmuj, czas i tak upłynie".

Czy znajdzie się "wola polityczna" do takich zmian? Oby, bo już za kilka lat sformatowane umysły będą nas leczyć, projektować nam domy, budować drogi, kształcić nasze dzieci. A wtedy tego już naprawdę nie da się odwrócić.

czwartek, 10 stycznia 2013

Reklama z Leninem? Gryzę się w palce...

Przeglądając prasę znalazłem kilka komentarzy na temat "nieuctwa historycznego", przejawiającego się m.in. reklamą z Leninem. Myślę, że problem jest nieco szerszy, niż tylko edukacja. Zachęcam do lektury mojego tekstu sprzed ponad 5 lat, opublikowanego na stronie Instytutu im. Ronalda Reagana. Gryzę się w palce, żeby nie napisać "a nie mówiłem"...

piątek, 14 grudnia 2012

Lulajże, kasuniu

Z okazji nadchodzących wyprzedaży... tfu... z okazji Dnia Słońca Niezwyciężonego*... znów nie tak. Jakoś mi się zaczęło mylić. Trudno się jednak dziwić, skoro billboard sieci handlowej woła do mnie kolędowym cytatem "Hej prezenty, prezenty”, a skrzynka pęka od reklam ukrytych mało udolnie pod postacią życzeń świątecznych.

Ateiści ślą gorące życzenia z okazji rocznicy urodzin (a wiosną śmierci i zmartwychwstania) kogoś, w kogo nie wierzą. Ponieważ jednak z rzekomego bohatera świąt została tylko nazwa (i to nie we wszystkich językach), jest to dla nich po prostu okazja do imprezy. Czy ją zdobi czerwony krasnal z workiem, czy żółty kurczaczek, to już kwestia estetyczna. Zabawa to zabawa. Chanuka jest w naszej strefie mało popularna, w Ramadanie trudno balować, przynajmniej za dnia... Zabawmy się więc w "Gwiazdkę”, żeby nie używać tego drażniącego słowa "Bóg”.

Chrześcijanie, niestety, nie będą lepsi. Zasiądą do stołu z magiczną liczbą 12 potraw ("jakie potrawy, taki rok", głosi przepowiednia), a niektórzy powróżą sobie z długości wyciągniętego sianka. Namówią też dzieci by śledziły wchodzącego przez komin trolla. Yyy, chciałem powiedzieć świętego Mikołaja. Sieci handlowe mają żniwa, bo w grudniu można troszkę śmielej pooszukiwać klientów manipulując cenami z okazji świąt, dolepiając jako uzasadnienie metkę z choinką. Hej, prezenty, prezenty! Zysk się rodzi! I byle do Wielkanocy, czyli sezonu na zajączki i jajka.

Obchodzić urodziny Jezusa w otoczeniu wróżb? Upamiętniać człowieka wypędzającego batem przekupniów ze świątyni tak jaskrawym zmieszaniem sacrum i profanum? Rocznicę jego śmierci czcić symbolami kultów płodności? To jakby urodziny Gandhiego obchodzić befsztykiem i zawodami bokserskimi, przenosząc je w dodatku na rocznicę urodzin jego zabójcy.

"Komu dużo dano, od tego dużo się będzie żądać", mówi Biblia. "Noblesse oblige”, powtarza podobną prawdę świeckie przysłowie. Moi znajomi ateiści mogą nie przechodzić pod drabiną, zawracać przed czarnym kotem i wróżyć z wosku przelanego przez klucz (ciekawe, co będzie po upowszechnieniu kart magnetycznych). Jak na ludzi odrzucających istnienie świata niematerialnego to trochę dziwne, ale niech im tam. Ale wierzący?

"Wierzący? Świetnie. Ale w co?” – mawiał kiedyś mój znajomy katecheta.

* Małe wyjaśnienie: w IV wieku Kościół zaadaptował to pogańskie święto na rocznicę urodzin Jezusa. W rzeczywistości Jezus nie mógł przyjść na świat w grudniu, ponieważ według Biblii pasterze nocowali wtedy ze stadami na pastwiskach.

środa, 21 listopada 2012

Brunon wieczorową porą


Gdyby Brunon K. nie istniał, rząd musiałby go w końcu wymyślić. A może – wierząc warszawskiej ulicy – może właśnie tak było? Antyrządowy antysemicki terrorysta; przecież dla propagandysty dowolnego światowego rządu to zbyt piękne. W oficjalnych komunikatach brakowało tylko wzmianki, że „polski Breivik” niezdrowo lubi dzieci (ale nie chłopców – o, nie, wręcz przeciwnie).

Ale nie doszukujmy się teorii spiskowych. Może Brunon K. istnieje naprawdę, może naprawdę ma nazwisko na K. i naprawdę wpadł przez donos żony (z domu Morozowny). Biorąc pod uwagę fakt, że ów groźny terrorysta rozsyłał swoje konspiracyjne apele z oficjalnej skrzynki mailowej na państwowej uczelni, próbne wybuchy dokumentował na użytek prokuratury na video, a 50% z jego czteroosobowej Al Kaidy to agenci ABW, wskazywałoby to na robotę gangu Olsena. Byłoby jednak złośliwością wysnuwać stąd prosty wniosek, że tropy znów prowadzą do siedziby premiera.

W dobrej telenoweli postacie muszą się jak najczęściej łączyć. Jeśli bohater ma romans ze swoją asystentką, to w następnym odcinku musi się okazać że jest ona zaginioną siostrą jego żony, a z kolei jej chłopak to syn zięcia... i tak dalej. Jest więc mocno prawdopodobne, że Brunon K. był inspirowany przez Cezarego G., któremu z kolei ten pomysł podsunęła Katarzyna W. Spisek ten, uknuty zdradziecko przeciwko Donaldowi T., wspierała słynna matka z Opola, która nie zapłaciła mandatu, bo kupiła za to broń dla... tak, zgadza się, dla Brunona K. Materiały wybuchowe (już nie wysokoenergetyczne?)  przenosili pod sejm „na mrówkę” uczestnicy Marszu Niepodległości, skąd wzięły się potem obrzydliwe plotki jakoby policja użyła gazu.

Jakby dobrze pokombinować, to Brunon K. mógłby być zamieszany w rozcieranie trotylu po tupolewie nr 2. Gdyby rządowym PR-owcom zabrakło weny, to Janusz P. z kolegami, koleżankami i pozostałymi członkami swojej partii chętnie dostarczy czegoś do palenia.

Chciałoby się powiedzieć: jaki rząd, taki zamach, ale to byłoby mało oryginalne.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Syndrom 2 stycznia

Podobno najwięcej stron internetowych na świecie to pornografia. Prawda to? Nie mam pojęcia... Moja prywatna statystyka (o wiele bardziej ułomna) podpowiada jednak, że najwięcej jest w Internecie motywacji.

Wpisy na Facebooku. Demotywatory. Prezentacje z cytatami na tle pięknych widoków. Hasła wyświetlane na górze ekranu co drugiej strony firmowej. Motywujące maksymy, artykuły i nagrania krążą po sieci chyba równie często, co piersi XXL i pompki do penisa.

Pewnie nie przesyłałeś nikomu dalej reklamy viagry, ale coś motywującego, znalezionego w sieci – na pewno. Forwardujesz otrzymane maile, lajkujesz refleksyjne wpisy na Facebooku, może nawet sam je umieszczasz.

W tym wszyscy jesteśmy podobni do siebie. My – ludzie mający dostęp do nowoczesnych technologii porozumiewania się na odległość.

Pytanie, co robimy z tym dalej.

Dlaczego nazywam to syndromem 2 stycznia? Przecież mamy jeszcze koniec lata...

31 grudnia pijesz szampana i wspominasz mijający rok. Fajnie. 1 stycznia robisz noworoczne postanowienia. Jeszcze fajniej. Gdyby myśli o zmianie życia dało się jakoś zamienić na energię elektryczną, oświetlalibyśmy nasze miasta za darmo pewnie do Wielkanocy. Ileż to żyć ma się zmienić, ile nałogów odejść w przeszłość, ile fajnych biznesów rozpocząć...

Jednak nie zauważyłem, żeby 1 stycznia producenci papierosów, "toksyczni" partnerzy albo szefowie wykorzystujący podwładnych jakoś masowo rzucali się z mostów w obawie przed nadchodzącą zmianą. Dlaczego? Dlatego, że potem przychodzi 2 stycznia, w którym 99% noworocznych postanowień wyparowuje. Ludzie idą do pracy której nienawidzą (i nie po to, by rozpocząć okres wypowiedzenia), kupują kolejną paczkę papierosów które ich rujnują i tak dalej. W dużym skrócie – prowadzą takie samo życie, jak kiedyś.

Jaka jest dobra wiadomość? Ten 1% z nas coś z postanowieniami zrobi. Czy się uda? To inna sprawa, jednym tak – innym nie, ale przynajmniej podejmiemy działanie.

Dziś, dzięki technologii, nowy początek możemy przeżywać codziennie. Codziennie możemy dostać dawkę świeżej inspiracji. Nie musimy iść z pielgrzymką do żadnego guru ani nawet sięgać na półkę po mądrą książkę. Motywacja w wersji dla opornych trafia wprost do naszych oczu na ekranie komputera.

Niestety, syndrom 2 stycznia też można przeżywać codziennie. "Weź się do roboty, jesteś zdolny, zasługujesz na więcej" – yes, yes, yes, lubię to! Klikam, przesyłam, udostępniam! "Jeśli praca nie daje ci satysfakcji, jeśli twoje życie nie wygląda tak, jak byś chciał, to zrób coś z tym" – o tak, świetny pomysł! Koniecznie muszę to polajkować i wysłać znajomym, najlepiej z własnym komentarzem.

"Kto szuka towarzystwa kur, ten nigdy nie poszybuje jak orzeł", "Umiejętność wykonania bierze się z wykonywania", "Szaleństwem jest powtarzać to samo, w nadziei że w końcu przyniesie to inny efekt", "Nie zmienisz nic, póki nie wstaniesz z kanapy" – cóż za odkrywcze myśli! Genialny Einstein, ponadczasowy Cyceron! Umieszczę to na swoim profilu, dołączę do podpisu, może nawet jakiś demotywator skonstruuję...

Mówić, to jedna rzecz. Zastosować – druga. Pisząc o zastosowaniu nie mam na myśli kliknięcia "lubię"...

Z postanowieniami o zmianie życia nie musisz czekać na żaden szczególny dzień. Codziennie trafiają ci się nowe możliwości i codziennie może być nowy początek.

Wyobraź sobie, że mamy 1 stycznia. Doczytałeś mój tekst do tego miejsca i mam nadzieję, że Cię zainspirował. Świetnie.

Co z tym zrobisz?

niedziela, 24 czerwca 2012

Naszej klasie

Dwudziestolecie matury. Nasza klasa była matematyczno-fizyczna, więc nie da się pominąć matematycznego faktu, że od matury do dwudziestolecia czekaliśmy ponad pół życia.

Jasne, młodzieńczość nie jest kwestią metryki, ale przez ten czas świat zauważalnie się zmienił. Gdy zdawaliśmy maturę, nie było komórek, nikt nie miał bloga ani konta na facebooku… Co ja piszę, nie było w Polsce Internetu! Telefon czekał w domu, przypięty kablem do ściany, a do robienia zdjęć służył aparat fotograficzny (z kliszą na 36 zdjęć). Opisując to czuję się, jak archeolog...

Trochę obawiałem się tego spotkania, tyle się zmieniło. Na szczęście nie wszystko. Koleżanki równie atrakcyjne (czy mi się wydaje, czy nawet jeszcze wypiękniały?), to samo poczucie humoru kolegów. Ze zmian: dzieci, żony, mężowie (czasem już ex), firmy, stanowiska, choć bywa, że i cukrzyca. Typowy zestaw startowy wieku średniego.

Nasza Wychowawczyni pamiętała wszystkich, z imionami włącznie, a przecież od czasu naszego ostatniego spotkania szkoła wypuściła - lekko licząc - ponad dwa tysiące absolwentów. To też coś znaczy.

Chodziliśmy do liceum w ciekawych czasach. Dla Chińczyków życie w ciekawych czasach to przekleństwo, ale czy mają rację?

Pierwsza klasa - jeszcze za komuny, choć schyłkowej. Rozpaczliwie nieśmiałe zebranie werbunkowe do ZSMP i przysposobienie obronne z prawdziwym "trepem". "Obywatelu majorze…" - tak musiałem meldować na PO jako ówczesny gospodarz klasy, choć major - cytuję - "wolałby zwrot towarzyszu, ale nie jesteśmy jeszcze członkami partii". A potem...

Mur berliński runął na naszych oczach, a właściwie na naszych lekcjach niemieckiego, bo "Frau Helga" zamiast czytanek o DDR dawała nam najświeższe artykuły z niemieckiej prasy. "Panie profesorze, głosuje pan na Wałęsę czy na Tymińskiego?" - i już lekcja z głowy, bo dyskusja trwa w najlepsze! Na temat zjednoczenia Europy starłem się ze studniówkową partnerką najlepszego kumpla - po 20 latach uważam, że miałem rację (ona pewnie też, choć kto wie?). "W nieszczęściu człowiek swojej wielkości dowodzi, a wielkość się narodów z wielkich ludzi rodzi" (Woronicz) - czy mógłby być lepszy temat pracy maturalnej wieńczącej takie cztery lata? Nawet papiery na uczelnię zawoziłem po nocy nieprzespanej przed telewizorem, bo właśnie obalano rząd Olszewskiego…

I jak tu narzekać na ciekawe czasy?

Nawet w oglądanych filmach było widać ten przeskok. W pierwszej klasie wymienialiśmy się jeszcze wrażeniami na temat "Zmienników", ledwie już draśniętych przez cenzurę, ale odleżanych na półce. Potem od razu "Labirynt" o młodym polskim kapitalizmie, a właściwie o jego pozorach. Nikt nawet nie przewidywał dzisiejszych telenowel o infantylnych trzydziestolatkach, płaskich jak płyta DVD.

Te cztery lata to najlepszy czas mojej formalnej edukacji - zawdzięczam to szkole, ale i - a może przede wszystkim - ludziom, z którymi ten czas spędziłem. Mojej IVa.

Oczywiście nie zezgredziałem na tyle, by opowiadać legendę o klasie prymusów, chlubie "Chrobrego". Dukaliśmy przy tablicy, robiliśmy byki w klasówkach, migaliśmy się od prac domowych. Zrywaliśmy się z lekcji. A jednak wynieśliśmy ze szkoły - modne określenie - "kod kulturowy", który przez wieki odróżniał ludzi myślących od barbarzyńców. To właśnie on pozwala rozumieć myśli ludzi z minionych epok, umożliwia łapanie dyskretnych nawiązań do historii, do literatury, do polityki. To on pozwala wyrabiać własne zdanie zamiast recytować paski z programów informacyjnych. Czasy się zmieniają, technologie się zmieniają, on pozostaje.

Można żyć bez kodu kulturowego. Aby jeść, przeżuwać, wydalać i spać (plus parę innych fizjologicznych czynności) nie trzeba za dużo wiedzieć ani samodzielnie myśleć. Instynkt i ruchy perystaltyczne zrobią to za nas naprawdę sprawnie. Ale czy wystarczą?

Jakie wspomnienia z lat szkolnych przechowają dzisiejsi licealiści? Chronieni od wkuwania faktów, ale i od samodzielnego oceniania i wnioskowania. Sformatowani pod testy. Ze słuchawkami w uszach i kciukami na iPhonie, fejsbukujący z koleżanką siedzącą obok.  Czy poza powierzchownymi kontaktami zbudują i przeżyją także trwałe relacje? Czy odziedziczą kulturowy kod - umysłowe DNA?

Jacy będą po 20 latach od swojej matury?

środa, 20 czerwca 2012

Na podstawie scenariusza

Zaczyna się tak: Air-Force-One rozbija się przy lądowaniu w Phenianie. Wraz z republikańskim prezydentem Duckiem i jego żoną (w tych rolach Tom Hanks i Andie MacDowell) ginie setka kluczowych postaci amerykańskiej sceny politycznej, w tym całe Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. Władzę przejmują demokraci: rubaszny, trochę pierdołowaty prezydent Celler (Steve Martin) i rządzący nim z tylnego fotela wiceprezydenta ulubieniec mediów Daniel Stuck (George Clooney). Śledztwo nadzoruje północnokoreański dyktator Kim-Dzong-Won, który generalnie mówi Amerykanom, żeby spadali na bambus, co też ci skwapliwie czynią. Żółtki zabrały teczkę atomową? No i co z tego, przecież wojny im nie wypowiemy, a tak w ogóle to Duck był złym prezydentem.

W Ameryce zaczynają się dziać dziwne rzeczy: samobójstwa popełniają nie tylko liderzy opozycji, ale i charyzmatyczny dowódca Delta Force, generał Pelsky (Gerard Butler), ewentualnie na autostradzie zderzają się z meksykańską ciężarówką na lewych numerach. Poza nawiedzonym pastorem Mushroomem z rasistowskiego Południa (genialny, jak zwykle, Mel Gibson) nikt jednak nie zadaje pytań: wszyscy się cieszą, mamy przecież Olimpiadę w Filadelfii.

Gdyby jakaś hollywoodzka wytwórnia chciała to rzeczywiście zekranizować, zastrzegam sobie prawa do pomysłu obsady, choć pewnie szanse są minimalne. Jestem pewien, że Brad Pitt i Angelina Jolie podołaliby rolom agenta Tomka i posłanki Sawickiej. Jednak czy poza fanami filmów klasy B ktoś uwierzyłby w oś intrygi? Amerykanie może i nie wiedzą, gdzie jest Polska ze swoimi obozami śmierci, ale wsadzić całą wierchuszkę amerykańskiej armii do jednego samolotu? Nie, tu już stanowczo scenarzysta przesadził - marudziliby wychodząc z kina.

A to nie film. To Polska, nie Ameryka. Tam też różne rzeczy się zdarzają - też w dziwnych okolicznościach zginął prezydent, a niektórzy twierdzą, że lądowania na Księżycu w ogóle nie było. Ale od strzałów w Dallas minęło prawie pół wieku, od zamachów na WTC równe 10 lat, a jakoś nadal wolno o to pytać. Co więcej, tam dziennikarze dostają pieniądze właśnie za dobre pytania, a nie za jedynie słuszne odpowiedzi. Nie słyszałem też, by autor strony internetowej wykazującej niemożliwość ataku boeingiem na Pentagon jakoś spektakularnie targnął się na swoje życie.

Parafrazując slogan reklamowy pewnego polskiego filmu - może Amerykanie mają seryjnych zabójców, ale na seryjnych samobójcach znamy się my.

Być może wyjaśnienia są dziecinnie proste. Może postacie z pierwszych stron gazet naprawdę dopadła epidemia depresji (szczególnie w weekendy), może korupcja na szczytach władzy to pojedyncze wypadki, nagłośnione przez żądne sensacji media. Może kolejni eksperci zajmujący się katastrofą smoleńską naprawdę mieli pecha, wpadając na białoruskie tiry lub niezrównoważonych psychicznie synów. Chciałbym w to wierzyć, bo przecież głupio żyć w, cytując klasyka, "dzikim kraju".

Chciałbym. Ale cóż poradzić.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Co znaczą te słowa?

"...one nic nie znaczą", śpiewała kiedyś Kora. Ale nie będę dziś pisał ani o miłości z tej piosenki, ani o Korze, ani nawet o jej psie, choć ostatnio ma swoje pięć minut w mediach.

"Słowo przywołuje doświadczenie", tego uczę na swoich szkoleniach. Wspomniany "pies" to tylko cztery przypadkowe litery, ale w Twojej głowie wywołują one konkretne wspomnienia. Może widok konkretnego psa? Może szczekanie? Potem przychodzą uczucia - przyjemne lub nie. Psa tak naprawdę nie ma, ale Ty uśmiechasz się lub denerwujesz zupełnie jak wtedy gdy stał obok Ciebie. Teraz wyobraź sobie, że chcesz z kimś o psie porozmawiać: dla Ciebie "pies" to ukochany domownik, dla niego groźna bestia. Albo odwrotnie, jak wolisz. Ustalenie wspólnego znaczenia słów to podstawa komunikacji. 

Tyle teorii. Ale co ze słowami, które nic nie znaczą, albo błędnie użytymi? Niby wiesz o co chodzi, ale... jakiś zgrzyt pozostaje. To znaczy, mam nadzieję, że pozostaje...

Weźmy jako przykład "gabaryty", które w całej Polsce są składowane przy śmietnikach i przewożone przez firmy transportowe. Gabaryt to po polsku "wymiar, obrys przekroju". Przewożą wymiary? Wyrzucają je do śmieci? A może chodziło o "duże gabaryty", czyli - skrót myślowy - przedmioty większych rozmiarów? "Duże śmieci/ładunki", pisząc najprościej i bez zadęcia? Nie, u nas nie można wyrzucać dużych śmieci - trzeba składować gabaryty. 

Zawrotną karierę robi "formatka". Kiedy poznałem to słowo - lata temu, w jakimś warsztacie stolarskim - oznaczało kawałek czegoś wycięty w ustalonym kształcie. Od tego czasu "sformatkowało" się jednak wiele innych rzeczy. "Mamy różne formatki umów" - tak informatyk firmy X tłumaczył ostatnio mojej Żonie, dlaczego instrukcja instalacji modemu odsyła ją do nieistniejącej rubryki. "Formatka" jest dłuższa, niż "wzór", ale brzmi sympatyczniej niż "formularz". A że bez sensu? Kto by się tym przejmował...

Nieco inaczej jest z innym językowym potworkiem, "cyfryzacją". Niezupełnie chodzi o wprowadzenie PESEL-u zamiast nazwiska. Dzięki "cyfryzacji" (jak rozumiem, odpowiednikowi "alfabetyzacji"?) ministerstwo zajmujące się m.in. upowszechnianiem użycia komputerów ma wdzięczny skrót "mac"... Od razu nasuwa się stary dowcip o producentach coca-coli namawiających papieża, aby wstawił ich markę po słowach "chleba naszego powszedniego". Papież się nie zgadza, mimo hojnej oferty, więc nasi bohaterowie  głowią się "ile dali ci goje piekarze". Spokojnie, znając logikę działania naszego państwa (choć nie wiem, czy nie jest to oksymoron), zapewne "goje z Appla" nie dali nic.

Cyfryzację mogę przeżyć, urlopu "tacierzyńskiego" nigdy. Kto ten wyraz, k**** tać, wymyślił?! Czy jest urlop "mamiński"? Czy mężczyźni mają "tacicę"? Czy w rubryce "imiona rodziców" jest napisane "imię taty, imię mamy"? Oj, niewiele językowych potworków irytuje mnie bardziej - powiedzmy, że "tacierzyństwo" stoi ex aequo z "adopcją psa". W jednym i drugim wypadku podejrzewam tę samą inspirację: szczerą, niewymuszoną bezmyślność, okraszoną szczyptą nieuctwa.

A inspiracje bywają różne. Jakiś amerykański dziennikarz napisał o aferze "Irangate"? Zaraz, zaraz, oni mieli wcześniej jakąś "Watergate"... No to pewnie - pomyślał dziennikarz znad Wisły - "gate" to po angielsku afera. I się zaczęło! "Orlengate", "Rywingate" (w niezapomnianej wersji posłanki Beger)... Na miejscu zarządu Okęcia już szykowałbym sztab kryzysowy - tam "gejtów" jest kilkadziesiąt.

Trudno się potem dziwić gimnazjalistkom, że umieszczają w internecie "słitaśne" fotki (to słowo telepie moją Żoną tak samo, jak "tacierzyński" mną).

Oczywiście, język ewoluuje. Wysyłamy "maile" (jakoś do "mejla" nie mogę się przekonać), kupujemy w "markecie". "Kiepski" nie jest już wulgaryzmem, a "siedzenie na fejsie" nie ma nic wspólnego z sadomasochistycznym seksem. Czym innym jest jednak - tak sądzę - dodawanie do słownika wyrazów opisujących nowe zjawiska albo upraszczających komunikację, a czym innym jego zaśmiecanie. Nawet, jeśli te śmieci nie mają dużych gabarytów.

Zresztą, czy chodzenie na "urlop ojcowski" zamiast "tacierzyńskiego" (tak jak "włączanie światła" zamiast "włanczania"), nie byłoby lepszym dowodem patriotyzmu, niż wywieszanie na balkonie biało-czerwonej reklamy piwa?

poniedziałek, 28 maja 2012

Jado goście jado

Warszawa, rok 2015. Przygotowania do Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego idą pełną parą. Wprawdzie Warszawiacy narzekają na bałagan związany ze wznowioną budową II linii metra (oficjalnie - dla melomanów zjeżdżających z całego świata) i przekręty przy budowie lotniska dla przylatujących Japończyków, ale nic to. Ważne - mówią zgodnym chórem politycy partii rządzącej - że udało się zbudować w stolicy Narodową Halę Koncertową. Pod Pałacem Kultury stanęła Strefa Słuchacza, z wybudowaną na ten jeden jedyny raz Restauracją Wierzynka (organizatorzy stwierdzili, że Warszawa nie ma odpowiedniej oferty gastronomicznej, więc catering zapewnią specjaliści z Krakowa). Każdy posiadacz biletu na koncert dostał darmowe przejazdy stołeczną komunikacją, z tej okazji po raz pierwszy od Euro2012 umytą...

...a najważniejsze, że na tę imprezkę zrzucili się wszyscy mieszkańcy, i Warszawy, i Polski (konkretnie całej Polski). I lubiący Chopina, i lubiący rap, i ci całkiem głusi. "Chopin to nasza narodowa duma", przekonuje minister muzyki (który jeszcze kilka miesięcy temu pytał, co to za dyscyplina sportu ten szopen i skąd się biorą szopeniści). Tamdadam-tadadadadadadam, nucą wszyscy Polacy. Prezenterzy TVP zapuścili nawet włosy na wzór Mistrza i zapowiadają telenowele na tle mazowieckiej wierzby. W których to oczywiście telenowelach obowiązkowo umieszczono wątki pianistyczne.

To bardziej fiction, niż science, bo nigdy to się nie stanie. Nikt nigdy nie wpadnie na pomysł takich udogodnień dla hobbystów chcących słuchać Chopina, hodujących kanarki, rekonstruujących historyczne bitwy ani nałogowo czytających książki.

No, dobra, fanów piłki nożnej jest więcej. Ale nikt nie wpadnie również na pomysł, aby umyć  tramwaje i przystanki ot, tak, żeby były czyste dla ludzi jeżdżących codziennie do pracy. Nie można zbudować dróg (albo, ściślej, zapowiedzieć, że się je zbuduje) ot, tak, żeby podróż z miasta do miasta była podróżą, a nie toczeniem się w korku?

Zawsze musi być jakieś pospolite ruszenie, stan wyjątkowy, akcja specjalna? Naprawdę potrzeba jakiegoś meczu, żeby zmyć rzygowiny z peronu? W dodatku - dla szanownych gości, bo stałych mieszkańców mamy w...?

Mam znajomych fascynujących się piłką nożną i bardzo ich lubię. Nie zmienia to jednak faktu, że ich prywatne hobby jest ich prywatnym hobby. Przepraszam - nie "jest", a "powinno być". Ja lubię czytać książki - ale nikt mnie nie pyta, czy może wygodniej byłoby mi oddawać się temu hobby w czasie jazdy czystym, punktualnym i niezatłoczonym pociągiem. Nie pyta - a ja nie wymagam, aby  specjalnie powołany minister czytelnictwa wydawał pieniądze podatników na promocję mojego zamiłowania.

Podobnie jak nikt nie zapytał mnie - i milionów Polaków - czy chcą się zrzucić na stadion jednorazowego użytku, na prowizoryczne zamalowywanie brudu na warszawskich stacjach kolejowych, na komunikacyjną makabrę i na szkoły zamykane w dniach meczów.

Kontakt z mass-mediami ograniczyłem do higienicznego minimum, więc szczęśliwie omija mnie zmasowane pranie mózgu wątkami piłkarskimi. Zachowałem dziewictwo jeśli chodzi o znajomość rozpalającej umysły piosenki, o której wszyscy mówią - jeśli nie zdarzy się douszny gwałt w jakimś centrum handlowym, pewnie tak pozostanie. Podobno ma jakieś wątki ludowe (tyle wiem). Skoro jednak wizytówką naszej gastronomii ma być w Warszawie specjalnie zbudowany jednorazowy McDonald’s - miało tam być muzeum sztuki współczesnej, ale nie bądźmy drobiazgowi - to może ma to jakiś sens.

"Jado goście jado" - śpiewa dziewczyna w ludowej piosence i martwi się, że do niej "nie zajado, bo nie ma posagu". Głupia. Trzeba było odpicować chałupę, żeby myśleli że ma, i jeszcze wkręcać się gościom w zadek, żeby zechcieli ją odwiedzić. Won rodzice, którzy za to picowanie zapłacą, precz z chłopakami z tej samej wsi, których ma na co dzień. "Jado goście jado", i to jest w tej chwili najważniejsze. Taka to już nasza polska narodowa tradycja.

czwartek, 29 marca 2012

Studenci, co się prawdzie nie kłaniają

Patrzę i patrzę, oczy przecieram ze zdumienia, ale kolorowy plakat w PDF-ie nie chce zniknąć z mojego ekranu. 31 marca 2012 roku pod Baligrodem odbędą się - pod hasłem pojednania polsko-ukraińskiego - obchody 65. rocznicy śmierci Karola Świerczewskiego. Co ja piszę obchody, to będą - cytując plakat - "uroczystości patriotyczno-historyczne".

Organizatorem tej imprezy jest stowarzyszenie o radosnej nazwie "Lepsze Dziś". Krótki wywiad internetowy i dowiadujemy się, że Lepsze Dziś to inicjatywa rzeszowskich studentów politologii.

"Jesteśmy grupą młodych, ambitnych, prężnie działających ludzi." - piszą o sobie na stronie internetowej - "Możemy poszczycić się udanymi projektami, które spotkały się z dużym zainteresowaniem ze strony wielu osób. Swoje akcje przeprowadzamy w sposób profesjonalny świadcząc o swej rzetelności.". A ja nie mam powodu nie wierzyć, patrząc na profesjonalnie przygotowany plakat zapraszający na obchody. "Bo dla nas liczy się teraźniejszość" - woła do nas kolorowe motto strony i, jak się domyślam, całej organizacji.

Krótki rys historyczny. Państwa z "Lepszego Dziś" proszę o pominięcie trzech następnych akapitów - zapewne dobrze znają patrona swoich "uroczystości patriotyczno-historycznych", a zresztą nie liczy się przecież przeszłość, lecz teraźniejszość.

Jeżeli Karol Świerczewski - przez komunistyczną propagandę uparcie nazywany "synem robociarza z Woli" - był patriotą, to bardzo specyficznie należy ten termin rozumieć.

W wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku walczył, owszem, ale po stronie bolszewików i to jako oficer, skierowany do walki z Polską na własną prośbę. Szybko piął się po szczeblach kariery Krasnoj Armii, w międzyczasie skierowany z "bratnią pomocą" do Hiszpanii, gdzie zasłynął pod pseudonimem Walter. Już wtedy cierpiał na zaawansowany alkoholizm, co niestety przekładało się na skuteczność w dowodzeniu: w 1941 roku tak dobrze dowodził dywizją w walce z Niemcami, że z 10.000 żołnierzy zostało mu zaledwie pięciu. Radzieckie dowództwo próbowało go ukryć w różnych tyłowych jednostkach, aż wreszcie "rzuciło go na odcinek polski", mianując generałem Ludowego Wojska Polskiego. Tu też zasłużył się wykrwawieniem dowodzonych jednostek (w ciągu 2 tygodni potrafił "wypracować" straty równe półtorarocznym), w wolnych chwilach podpisując wyroki śmierci na AK-owców. Wszystko oczywiście w stanie alkoholowego upojenia, co zdaje się - prawnikiem nie jestem - nie stanowi okoliczności łagodzącej.

Ach, zapomniałem że oprócz wątku "patriotyczno-historycznego" impreza ma związek z "pojednaniem polsko-ukraińskim". No to dodajmy coś ukraińskiego o patronie tego pojednania. Gieroja, co - znów cytat z propagandowego wiersza - "kulom się nie kłaniał" (możliwe, że nawet nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia, tak był nawalony) - kierują po wojnie do walki z Ukraińcami w Bieszczadach. Tam też kończy swój żywot w ukraińskiej zasadzce pod Baligrodem - podobno, bo na mundurze przechowywanym jak relikwia w Muzeum WP nie zgadzają się ślady. W każdym razie z jego śmierci władze robią wielki event, zarządzając przy okazji akcję "Wisła", czyli przesiedlenie całej ludności wyznania grekokatolickiego na tzw. Ziemie Odzyskane. Sam "Walter" trafił do komunistycznego panteonu, jako bohater wierszy, patron szkół, ulic i instytucji, a nawet postać z banknotu.

Że komuniści zrobili go legendą - nawet się nie dziwię. Jaka religia, tacy święci. Ale żeby założone przez studentów (!) politologii (!!) stowarzyszenie w 2012 (!!!) urządzało za pieniądze podatnika (!!!!) - via budżet Województwa Podkarpackiego - uroczystości "patriotyczno-historyczne-pojednaniowo-polsko-ukraińskie" z okazji rocznicy jego śmierci, to już chyba przesada.

Chociaż, może? Może tak właśnie trzeba? "Dla nasz liczy się teraźniejszość."

Mam więc parę jeszcze lepszych propozycji. "Syn robociarza z Woli" miał wśród kumpli z wojska takich zasłużonych Polaków jak Feliks Dzierżyński i Konstanty Rokossowski. Niestety, obaj dożyli swoich dni w Moskwie zamiast bohatersko zginąć w imię pojednania. Więc może, z drugiej strony barykady, zrobić obchody pojednania polsko-niemieckiego z okazji rocznicy śmierci Igo Syma? Przedwojenny aktor, volksdeutsch, współpracownik gestapo, zastrzelony przez AK z wyroku Polski Podziemnej… Może województwo mazowieckie skorzysta z doświadczeń podkarpackich kolegów i sypnie groszem? Są chyba jeszcze w Warszawie jacyś studenci politologii, którzy zgrabnie rozpiszą ten "projekt" i profesjonalnie zorganizują?

Albo od razu nadajmy temu europejski wymiar i zorganizujmy obchody rocznicy śmierci Reinharda Heydricha, najlepiej w Lidicach? Tę czeską wieś zrównano z ziemią mordując mieszkańców w odwecie za zamach na Heydricha. Nie liczyłem, ilu ludzi miał na sumieniu Heydrich, a ilu Świerczewski, ale "nasz" zdecydowanie przebija swego niemieckiego kolegę w jednym: Heydrich nie walczył ze swoimi rodakami po stronie najeźdźców. Oto wzór Europejczyka, co nie tylko kulom się nie kłaniał, ale i na podziały narodowościowe pluł.

Brawo, przyszli rzeszowscy politolodzy. Jak powiedziałby Lenin, ideowy guru Karola Świerczewskiego, "właściwą drogą idziecie, towarzysze".

sobota, 10 marca 2012

Jemioła, czyli ludzie zbędni

W popularnym dowcipie baca sprzedawał na targu owczarka.
-Bardzo ładny, gazdo. Kupiłbym. Ile byście za niego chcieli?
-Milion złotych.
Ludzie stukali się w czoło, śmiali, baca twardo ceny nie opuszczał. Któregoś dnia zjawił się bez psa.
-Sprzedaliście go, gazdo?
-Ano sprzedałem.
-Za milion?
-Za milion.
-Niemożliwe! Jak?
-Wymieniłem na dwa koty po pięćset tysięcy.

Mikroekonomia bacy i jego nieznanego kontrahenta zagościła na dobre w naszej gospodarce i życiu społecznym.

Tysiące firm i instytucji napina muskuły i wykonuje w pocie czoła pracę wyceniając ją jak gaździnego owczarka. Setki tysięcy - nie, już miliony - zatrudnionych na umowach stałych, czasowych, jawnych i dwupłciowych pracuje jak maszyny, tyle że z tej pracy nic nie wynika. 

Pomyśl.

Przy obecnym rozwoju komputerów lwią część zadań pracowników biurowych mogłyby wykonywać maszyny. Nie wychodząc z domu możesz przesłać swojemu klientowi na drugim końcu świata dowolne dane i rozliczyć się w dowolnej walucie. Firma kurierska dostarczy paczkę od Twoich drzwi do rąk odbiorcy w ciągu dosłownie godzin. Możesz współdzielić pliki ze współpracownikami gdziekolwiek są i zarchiwizować całą bibliotekę na nośniku wielkości jednej książki. Poza przymierzeniem butów i powąchaniem perfum możesz wybrać zdalnie i bez pośrednictwa sprzedawcy każdy towar. Skoro tak, to jakim cudem wciąż poszukiwani są ludzie do akwizycji, wciąż rosną nowe biurowce wielkich korporacji, a liczba urzędników w Polsce wzrosła w ciągu trzech ostatnich lat o 9%?

Skoro rozwój technologii skrócił czynności zajmujące kiedyś dni do godzin lub minut, to dlaczego pracujemy dłużej niż nasi rodzice? Skoro według spisu powszechnego nas ubyło, to dlaczego korki są większe? Jak można było dopuścić do sytuacji, w której za chwilę każdy podatnik "produkujący" podatki będzie miał na utrzymaniu swojego własnego przedstawiciela "budżetówki"?

Gdy pracę manufaktur zastępowały maszyny, redukowani pracownicy kierowali swą złość w stronę tych ostatnich niszcząc je swoimi chodakami - stąd zresztą nazwa "sabotaż". Dziś saboty nie idą w ruch, bo ustawienie maszyny wcale nie oznacza likwidacji manufaktury. Mamy lepsze technologie, nowocześniejszy sprzęt i szybsze środki łączności, ale to wcale nie skróciło naszego czasu pracy. Dojeżdżamy do pracy samochodem dwupasmową ulicą, zamiast dorożką po bruku, ale zabiera nam to więcej czasu niż kiedyś. XIX-wieczne postulaty ośmiogodzinnego dnia pracy budzą dziś uśmiech.

Jak to możliwe? Jakim cudem roboty jest więcej, skoro jest jej mniej?

Każdy ustrój znajdował własny sposób poradzenia sobie z masami ludzi bez pracy, przekraczającymi dopuszczalny przez siebie poziom bezrobocia. Rewolucja francuska kazała wykopywać i zakopywać doły, reżimy totalitarne rozbuchały do granic absurdu administrację. Współczesny pseudokapitalizm w wymyślaniu niepotrzebnych zawodów i pozornej pracy wcale nie jest gorszy.

Dyplomowani specjaliści ekonomii i zarządzania, którzy nigdy nie zarządzali niczym poza swoim kieszonkowym. Magistrowie nauk politycznych czerpiący swe polityczne poglądy z "tygodników opiniotwórczych". Produkowani hurtowo absolwenci pedagogiki, którzy… no po prostu, nie mieli innego pomysłu na życie, dzieci nie lubią, ale jakieś studia trzeba skończyć, nie? Cały ich alternatywny pomysł na życie, gdyby nie udało się załatwić pracy w urzędzie albo prześlizgnąć przez interview w korporacji, to nalewanie piwa w pubie w Dublinie. To nic hańbiącego, uczciwa praca (w odróżnieniu od załatwionego przez wujka przewracania papierów), tylko po co udawać kogoś, kim się nie jest?

Liczba tych którzy naprawdę wypracowują PKB (czyli PRODUKT Krajowy Brutto), tak pracowicie obliczany w tę i we wtę przez ekonomistów, z roku na rok żałośnie maleje. Oczywiście, politycy mogą sobie zaklinać rzeczywistość i w żonglowaniu danymi statystycznymi mają niemałą wprawę. Jeśli jednak nasza gospodarka jest zieloną wyspą, to chyba dlatego, że niczym jemiołą obrosła pasożytniczymi branżami i instytucjami. Agencje dzielące "fundusze", towarzystwa zarządzające, firmy windykacyjne, spółki córki i wnuczki, wszelkiej maści inspekcje… Wszystko to nie produkuje dokładnie niczego, wysysając jedynie mniejsze lub większe środki z branży, na której akurat pasożytuje.

Ta jemioła oczywiście kogoś zatrudnia. Miliony ludzi w Polsce wykonują pracę zbędną. Gdyby którejś nocy nagle zniknęli (oczywiście wraz ze wszystkimi regulacjami powołującymi do istnienia ich miejsca pracy), to albo nikt nie zauważyłby braku, albo po chwilowym chaosie uwolniona gospodarka ruszyłaby z kopyta, oddychając z ulgą.

Jaki odsetek pracowników gminy wpływa swoją pracą na czystość ulic albo ich oświetlenie, a jaki robi rzeczy kompletnie zbędne z punktu widzenia mieszkańca? Za które zadania gminy - powiatu - województwa - państwa przeciętny obywatel chętnie by zapłacił, gdyby miał na to wpływ, a które służą tylko tym instytucjom i ich pracownikom?

Ile kosztowałyby żywność, gdyby jej cena nie musiała dźwigać garbu kilku szczebli pośrednictwa między rolnikiem, a konsumentem? Ilu ludzi pożywi się na produkcji gazetek zaśmiecających skrzynki pocztowe, ilu "przedstawicieli" rozda tony reklamowych gadżetów za wstawienie towaru na określoną półkę, zanim trafi on do koszyka nabywcy?

Ile kosztowałyby leki, gdyby ich cena nie zawierała kosztu bilboardów, ulotek, pensji "repów" i ukrytych - bo ustawa - giftów dla lekarzy? Tak, już słyszę że "reklama dźwignią handlu"… Jaka, do cholery, reklama - jeśli boli mnie głowa, to kupię tabletkę za ostatnie pieniądze, a jeśli nie, to nie wezmę jej nawet za dopłatą. Podobno w Polsce mamy najwyższe "spożycie" leków bez recepty, wywołane zmasowaną reklamą. Kim trzeba być, żeby manipulować zdrowych ludzi do jedzenia lekarstw?

Przeglądając tak dziedzinę po dziedzinie znaleźlibyśmy masę ludzi zbędnych. Nie pójdą do innej pracy, bo niewiele więcej potrafią. Absolwenci "administracji" oraz "finansów i bankowości" (pomińmy poziom tych kierunków i załóżmy roboczo, że przygotowują fachowców tychże dziedzin) są w szklanych biurowcach mniejszością. Lwia część to niewykwalifikowani absolwenci czegokolwiek. Problem w tym, że likwidacja stanowisk zajmowanych przez ludzi zbędnych stworzyłaby w mgnieniu oka armię bezrobotnych. Etatu urzędnika nie likwiduje bodaj wysadzenie w powietrze i zalanie wapnem jego urzędu - ale co z licencjatami marketingu i zarządzania pozatrudnianymi w "groupach", "centerach", "dywizjach" i "departmentach"? Londyńskie puby nie potrzebują aż tylu pracowników.

Zresztą, co tam kwalifikacje, skoro ambicje nie te. Nie po to wycierało się po rozmowach kwalifikacyjnych i znosiło upokorzenia "ścieżki rozwoju", nie po to awansowało na "seniorekałnta" czy innego starszego referenta sztabowego, żeby teraz zarabiać na życie w sklepie albo pubie. Inna sprawa - ile tych sklepów musiałoby być?

Wiem coś o tym, uwierz. Przez 10 lat pracowałem w biurze rachunkowym, czyli w branży, która istnieje tylko dzięki pokopanym przepisom. Żaden drobny przedsiębiorca - a to oni utrzymują to państwo, nie molochy mające centralę za granicą - nie dałby złamanego grosza za księgowość, gdyby nie musiał jej prowadzić. Jego prawdziwa księgowość to nie VAT i ZUS, nie książka podatkowa, kasa fiskalna i "Symfonia", ale notes w kratkę "zapłacił - nie zapłacił - muszę jeszcze zapłacić". Wszystko inne wynika tylko z narzuconych przepisów i generuje zbędną pracę zbędnych firm. Wykwalifikowane kadry potrzebne byłyby w większych przedsiębiorstwach - porównaj zresztą prestiż przedwojennego buchaltera z dzisiejszą księgową.

Bawimy się - jako społeczeństwo - w fikcyjną edukację, wypuszczając w świat tłumy niedojrzałych posiadaczy świadectwa dojrzałości. Produkujemy "magistrów marketingu", nie za bardzo wiedząc, czym mają "marketingować" (potworki w rodzaju "gender studies" na razie litościwie przemilczę). Oparliśmy gospodarkę na wirtualnych pieniądzach istniejących dopóki w serwerowniach banków płynie prąd i na dotowaniu działalności gospodarczej z tzw. funduszy. Zbudowaliśmy system, w którym każdy - jak w słynnym skeczu Kabaretu Dudek - "nie ma, ale ma mieć", a rozwinąwszy gospodarkę nieistniejącą bez kredytów dziwimy się, że "wzrost gospodarczy" wciąż jest za mały. A jakby tego było mało, wyhodowaliśmy jemiołę zbędnych branż zatrudniających armię zbędnych ludzi.

Jemioła obrasta naszą gospodarkę i życie społeczne coraz szczelniej. Problem pasożytów jest jednak taki, że w końcu pokarmu zaczyna brakować. Prawdziwa jemioła pasożytuje więc z umiarem, choć to tylko roślina. Ludzka jemioła ma mniej rozsądku.

Jak mawiali dorośli w latach mojego dzieciństwa - "to w końcu musi pieprznąć". Pasożyt w końcu zadusi żywiciela, choć ten wydawał się silnym organizmem, ale to oznacza śmierć obu. W praktyce będzie to wyglądać tak, że tłumy ludzi zbędnych obudzą się któregoś dnia bez "funduszy" (bo się skończą), bez klientów (bo zdrenowani zbankrutują) albo bez zasilenia z kasy państwa (bo kreatywna księgowość też ma swoje granice). Na razie wszyscy liczą jednak na to, że ten dzień albo nigdy nie nastąpi, albo przynajmniej nie za ich życia. Dobra wiadomość dla ludzi zbędnych i dla rządzących jest taka, że większość ludzi rzeczywiście w to wierzy. Wierzy - i pracuje jak maszyna, która pożerając tony paliwa niczego (poza spalinami) nie produkuje.

Zła wiadomość jest jednak taka, że każdy chory system miał ambicje trwać wiecznie albo chociaż tysiąc lat. Kończyło się znacznie szybciej…

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Czy PRL miał atesty?

13 grudnia przypada doroczny medialny festiwal generała Jaruzelskiego. W tym roku okazja jest podwójna, bo i rocznica okrągła, i generał wydał nową książkę. Znajomy napisał na Facebooku, że wobec sondaży wskazujących na 50% poparcia dla stanu wojennego szuka w swojej  czteroosobowej rodzinie tych statystycznych dwóch głosów "za"…

Wojciecha Jaruzelskiego widziałem na żywo tylko dwa razy. Za drugim razem było to w szpitalu (tym samym, w którym teraz dożywa on swoich dni). Przechodziłem badania przed operacją, gdy nagle wyproszono mnie z gabinetu, aby zbadać przybyłego właśnie generała. Cóż - szarża to szarża, a ja nie jestem nawet rezerwistą. Minęliśmy się w drzwiach.

Ciekawszym przeżyciem był dla mnie jednak ten pierwszy raz, w dzieciństwie. Lata 80., krótko po stanie wojennym. Szedłem warszawskim Nowym Światem, gdy nadjechał mrugając "kogutem" radiowóz z dwoma milicjantami, a za nim polonez na wojskowych numerach. Szyba nie była przyciemniona - przynajmniej nie na tyle, bym nie rozpoznał charakterystycznego munduru, wyprostowanego tułowia i twarzy za ciemnymi okularami.

I już, cały konwój. Żadnych czołgów, blokady połowy miasta, snajperów na dachach. Żaden gazik z komandosami nie strzegł "znienawidzonego przez naród siepacza". Gdy dziś widzę na Nowym Świecie długą i hałaśliwą kawalkadę prezydencką - co tam prezydencką, wystarczy premier albo jakiś zagraniczny gość - to przypominam sobie tamtą scenę.

Trzydzieści lat od "braku Teleranka" - i dwadzieścia dwa odkąd można o tym pisać - kształtuje się zmitologizowany obraz tamtych lat. Jedni oskarżają generała o zdławienie niepodległościowego ruchu, inni bronią go mówiąc o groźbie rozlewu krwi. Sam fakt czającego się tuż-tuż narodowego powstania wydaje się poza dyskusją.

Włożę więc kij w mrowisko. Czy naprawdę tak było?

Owszem, na tle "elit" PZPR Jaruzelski się wyróżniał. Jakim cudem wychowanek katolickiej szkoły i przedwojennego harcerstwa, mówiący poprawną polszczyzną abstynent, szlachcic w dodatku, zrobił karierę w "ludowym" wojsku? Kontrast z ledwo piśmiennymi "wicie-rozumicie" o powierzchowności knura był uderzający. Może, gdyby - jak pisze w swojej ostatniej książce - uległ chwili słabości i popełnił samobójstwo, byłby dziś czczony jako bohater, z dorobioną legendą ofiary Moskwy. Może. Tak się jednak nie stało i Wojciech Jaruzelski podjął decyzję, o której dzieci uczą się w szkołach.

Zwolennicy Jaruzelskiego mówią na jego obronę, że stan wojenny przeprowadzono "w rękawiczkach". Ale może po prostu nie było innej potrzeby? LWP wyjechało na ulice głównie jako demonstracja siły. Po drugiej stronie nie było przecież zbrojnej partyzantki, ani choćby konkurencyjnego ośrodka władzy. Nikt poważny (z Kościołem katolickim i "Solidarnością" na czele) nie odmawiał legalności rządowi PRL. Gdyby rzetelnie policzyć, to zmarłych w wyniku niedojechania karetki pogotowia (bo wyłączyli telefony) mogłoby być więcej, niż zamordowanych w "Wujku". Walkę - pomińmy na razie kwestię "o co" - toczył znikomy procent zapaleńców. Zdecydowana większość miała to w *****, patrząc, jakby się najwygodniej urządzić. Brutalne? Niesprawiedliwe?

Czytam słynne 21 postulatów strajkowych, jeszcze sprzed stanu wojennego. Większość to żądanie ulepszonego socjalizmu: podwyżka płac, wolne soboty, wprowadzenie kartek na mięso... Nieliczne żądania "polityczne" to wolne związki zawodowe i "zagwarantowana w Konstytucji PRL wolność słowa" - trochę mało, jak na "ruch niepodległościowy". Że takie były realia, że nie można było żądać niemożliwego? A realny był postulat trzyletniego urlopu macierzyńskiego, z tej samej listy?

Gdy dwóch nastolatków przypadkowo zastrzeliło milicjanta, władze zrobiły z tego "event". Mówi to wiele o prawdziwym rozmiarze sprzeciwu wobec władz. Parafrazując znany dowcip o okupowanej Czechosłowacji - opór przeciw komunizmowi w stanie wojennym miał być, ale się Jaruzelski nie zgodził. Potrafiliśmy (jako naród, bo ja byłem dzieckiem) knuć i drukować na powielaczach gazetki o tym, jaka z tego Jaruzelskiego świnia. Gdzie to mityczne "wieszanie komunistów zamiast liści"?

Wniosek jest prosty: ludzie chcieli socjalizmu i chcieli PRL-u. To było ich państwo. "Walka o niepodległość i godność" to wygodny mit sprzedawany kolejnym pokoleniom. Tak samo "walczyli" niewolnicy na plantacji bawełny. Niewolnik nie wyobrażał sobie życia poza nią, więc nie walczył o wolność, ale o wygodniejszą pryczę i pełniejszą miskę. W sumie gdyby nadzorcy trochę rzadziej bili pejczem, a kuchnia lepiej karmiła, to na plantacji da się żyć, nie?

Współczesne podejście do generała Jaruzelskiego, stanu wojennego i w ogóle PRL wydaje mi się więc lekko schizofreniczne. Uznajemy PRL za legalne, polskie państwo? W takim razie - mówiąc Michnikiem - odpieprzmy się od generała. Czegóż takiego nowego dostarczył stan wojenny? Czołgów na ulicach? Strzelania do ludzi? Wsadzania ich do więzień? Cenzury? Pałowania demonstrantów? Wszystko to w PRL już było. Czymże stan wojenny zasłużył na taką krytykę, skoro nie uznajemy całego PRL za jedną wielką zbrodnię i uzurpację? Jaki sens ma prawnicze badanie legalności dekretu z 13 grudnia? To tak, jakby w Norymberdze sądzić nie za ludobójstwo, ale za nieważne atesty na cyklon B…

Dla mnie rozwiązanie tego dylematu jest boleśnie proste, ale nie do przyjęcia przez zdecydowaną większość rodaków, także tych protestujących pod oknami Barbary Jaruzelskiej. Dla nich Piłsudski, Bierut, Jaruzelski i Wałęsa to ciąg portretów w jednakowych ramkach - dla mnie PRL to czarna dziura w suwerennej państwowości. Ani Kongresówki, ani Priwislanskowo Kraja (nie mówiąc o Generalgouvernement) nie uznajemy za polskie państwa - dlaczego tej samej miary nie przykładamy do "Polski Ludowej"? Przecież we wszystkich tych tworach były szkoły z językiem polskim, polska policja, polskojęzyczne gazety…

Jest jednak coś jeszcze. Choć w PRL-u żyłem stosunkowo krótko, to wspominam go jak najgorzej. Do dziś nienawidzę kolejek, gdziekolwiek i po cokolwiek. Pamiętam wszechobecne dziadostwo i upodlenie we wszystkich możliwych instytucjach. Jako dziecko z rzadką chorobą skóry musiałem uzyskać specjalne zezwolenie na zakup normalnego proszku do prania. Ludzie umierali z braku leków dostępnych na Zachodzie w każdej aptece. Tępy robol wykonujący tzw. fuchy traktował cię jak śmiecia, perfidnie wykorzystując sytuację na rynku. Sklepowe w mięsnym przeganiały moją Babcię - i wszystkie cudze babcie - czekające na "rzucenie towaru", zawstydzając zachowaniem aufzejerki z Auschwitz. Pamiętam deskę przybitą specjalnie do ściany sklepu w taki sposób, by starsze panie przypadkiem nie przycupnęły na parapecie - a niech bydło stoi za drzwiami i nie razi pięknych oczu ekspedientek.

Oczywiście po 1989 roku deska w cudowny sposób zniknęła z parapetu, sklepowe nauczyły się mówić "dzień dobry" i "dziękuję" oraz wyprały sobie fartuchy. Jednak pozostaje faktem, że zapamiętałem dzieciństwo i dorastanie jako czas syfu, dziadostwa i totalnego upodlenia. Takie wspomnienia przekażę wnukom, jeśli będę je miał.

Kogo mam jednak za to winić? Jaruzelskiego? Dawnych prominentów i kapusiów, którym mój kraj zapewnił nietykalność i pogodną, dostatnią starość?

A może te sklepowe i miliony ludzi, które w tym uczestniczyły przez pół wieku?

Uczestniczyły? Czytając codzienne wiadomości nie wiem, czy czas przeszły jest właściwy.

sobota, 26 listopada 2011

PozorniE(CO)

W życiu nie pomyślałbym, że porządki mogą być takie kształcące. Urządzając od nowa gabinet zrobiliśmy z Żoną ostrą selekcję zgromadzonych materiałów z konferencji i szkoleń, co zaowocowało wyniesieniem z domu ponad 200 kilogramów makulatury.

Żeby nie sięgać daleko wstecz - z ostatniej konferencji na temat przywództwa przybyła mi wręczona wraz z identyfikatorem ponaddwukilowa paczka folderów, teczek i broszur (oczywiście full-colour na najgrubszym papierze świata) i ze trzy reklamowe długopisy. Niby nic, niby drobiazg, ale po pomnożeniu przez liczbę uczestników i liczbę takich eventów robi się z tego pokaźna ilość odpadów. Odpadów, bo przecież chyba nikt nie wierzy, że choćby jeden procent uczestników po powrocie z konferencji czyta te materiały lub jakoś gruntowniej z nich korzysta. Lądowanie na śmietniku jest więc kwestią czasu - jedni robią to od razu, inni wolą się pooszukiwać "może się jeszcze przyda" i czekają do najbliższych gruntownych porządków.

Merytorycznego materiału nie było we wspomnianej paczce ani jednego - ani jednego! Z porządkowej pożogi ocalał tylko jeden smętny notatnik (10% powierzchni to reklama firmy, na reszcie można pisać). Wszystko inne - reklamówki "partnerów" i "patronów" - trafi do recyklingu...

...o ile oczywiście okaże się, że poza chlorem i barwnikami jest w nich coś papierowego. Nie da się tego świństwa nawet podrzeć bez użycia nożyczek. Spece od marketingu najwyraźniej wymyślili, że jak coś ma format większy niż A4 i jest pokryte błyszczącym foliolaminatem (czort zresztą wie, co to jest i jak się nazywa), to klient chętniej to przejrzy wdrukowując sobie w mózg logotypy i przypisane do nich reklamowe slogany.

Zastanawiające jest to, że ludzie podejmujący decyzje skutkujące przerobieniem topniejących zasobów Ziemi na kilometry sześcienne odpadów i hektolitry toksyn, sami - tak prywatnie - deklarują jak najbardziej proekologiczne postawy.

Ci sami ludzie, którzy od czasu do czasu, w przypływie altruizmu lub wyrzutów sumienia zanoszą do kontenera torebkę z posegregowanymi śmieciami - opracowują w pracy formularze na dziesięć stron, choć ta sama treść zmieściłaby się na czterech.

Ci sami, którzy lajkują na FB akcje w rodzaju "Jestem za ekojazdą" - obtrąbią samochód dojeżdżający 60 km/h do czerwonych świateł wyprzedzając go na pełnym gazie, żeby za 100 metrów ostro zahamować i poczekać na tym samym skrzyżowaniu dwa auta bliżej.

Ci sami, którzy w dyskusjach opowiadają o dziurze ozonowej i ociepleniu (och, to takie modne...), jednocześnie zadają szyku wypasioną terenówką, która wprawdzie nie widziała "terenu" (i dobrze, lakier by się poobcierał), ale za to ma trzylitrowy silnik. Ostatnio nawet widziałem taką terenówkę na parkingu, oklejoną jako własność firmy z "eko-" w nazwie.

To właśnie ekologia w praktyce. Nie akcje ratowania wielorybów gdzieś za oceanem. Nie wyłączanie żarówek na "Godzinę dla Ziemi". Nie - żenada absolutna - zamawianie teczek z nadrukiem udającym tekturę z odzysku.

Ja wiem, łatwiej powiesić na stronie internetowej szczytną eko-misję, niż przy kolejnej wymianie floty zamienić duże służbowe kombi na palące o połowę mniej auta z segmentu A. Łatwiej sponsorować konferencje o "społecznej odpowiedzialności biznesu", niż przestać rozdawać w hurtowych ilościach gadżety made in China (ostatnio dla niepoznaki made in PRC), które rychło zasilą śmietniki. Łatwiej "pochylić się z troską nad problemem emisji gazów cieplarnianych", niż wziąć kalkulator i policzyć, ile CO2 wyemituje samolot lecący z tymi gadżetami z dalekiej Azji. Łatwiej na końcu służbowych maili dodawać automatyczne apele o ich niedrukowanie, niż radykalnie urwać w firmie produkcję śmieci.

Generalnie: znacznie łatwiej opowiadać dyrdymały o swoim ekologicznym zaangażowaniu, niż po prostu zrezygnować z głupich nawyków.

Ale nie chodzi tylko nierozsądne decyzje firm. Bo - czego oczekują klienci?

Pytam wprost: czego TY oczekujesz jako klient?

Czy zamiana samochodów przedstawicieli handlowych Twojego dostawcy na mniejsze wzbudziłaby u Ciebie szacunek za ekologiczną decyzję, czy pytania o kondycję finansową firmy?

Czy zaakceptowałbyś czarno-białe materiały szkoleniowe (wydruk w opcji "ekonomicznej") na papierze z odzysku? Czy nie brakowałoby Ci kilkudziesięciostronicowych zrzutów PowerPointa z trzema slajdami i wielgaśnym kolorowym logo na każdej stronie?

Czy wolałbyś materiały konferencyjne w formie jednego pendrive’a zamiast błyszczącej torby z lakierowanymi folderami?

Bo jeśli nie, to dajmy sobie spokój z tymi wszystkimi szczytnymi deklaracjami na firmowych witrynach, z kupowaniem eko-żarcia, wkręcaniem świetlówek zamiast żarówek i lekcjami ekologii dla dzieci już od przedszkola. To tylko malowanie trawy na - nomen omen - zielono. Dwieście kilo konferencyjnej makulatury przed domem jednego skromnego uczestnika: to twardy fakt.

czwartek, 10 listopada 2011

Bramka

Siedzę w recepcji szklanego biurowca w śródmieściu Warszawy. Marmury, chromy, skórzane kanapy - oraz kamery i metalowe bramki, jak na nowoczesnym dworcu czy w metrze. Kojarzysz, to te bramki z trzema obrotowymi drążkami, które nigdy nie otwierają się za pierwszym razem. Musisz najpierw obić sobie udo, cofnąć i spróbować jeszcze raz, a wtedy Cię puszczą, na do widzenia uderzając w pośladek. Bramki służą do sprawdzania identyfikatorów, bo kto nie ma identyfikatora, ten nie odblokuje safe-drążków nawet za dziesiątym razem. Walka z terroryzmem trwa! Pancerne zagony Al-Kaidy rozbiją się na bramce nie mając karty magnetycznej - oczywiście jeśli będą chciały zamachnąć się terrorystycznie na jedną z kilkudziesięciu firm wymienionych na tablicy w hallu biurowca.

Na razie zamiast Al-Kaidy na bramkach rozbija się jednak kurier z firmy spedycyjnej. Projektant bramek (umieszczonych w tysiącach miejsc w Polsce) nie przewidział bowiem, że przez bramki znacznie częściej od samochodu-pułapki będzie przejeżdżał całkiem nieszkodliwy wózek. Patrzę więc, jak kurier dźwiga wózek z paczką (na oko kilkadziesiąt kilo) na wysokość metra i sapiąc przenosi go nad bramkami, tradycyjnie obijając sobie drążkami uda.

Oczywiście żaden z ochroniarzy nie rusza z pomocą. O nie, oni do wyższych celów są powołani. Uzbrojeni w radiotelefony czuwają, by nie przeszkodził wróg i kukają z ciekawością, czy kurier się wywali czy nie. Nie wywalił… Za bramkami opuścił ładunek na posadzkę i szczęśliwie dotarł do wind - o dziwo, oznaczonych jako dostępne dla niepełnosprawnych. Jeśli jakiś niepełnosprawny teleportowałby się przez bramki (bo chyba nie przeniósł wózka nad nimi, wzorem pana kuriera), mógłby sobie bowiem pojeździć windą.

W "Dniu świra" bohater usiłuje skorzystać z toalety w pociągu. "A jeśli Polska to ta ojszczana klapa?" - zastanawia się Adaś Miauczyński, walcząc z brudem i grawitacją.

A jeśli Polska to te kretyńskie bramki? Było sobie przejście - było, aż ktoś postanowił nakładem sił i środków je pogorszyć, stawiając barierę. Poza producentem bramek nikt na tym nie skorzystał. Goście obijają się wchodząc i wychodząc, administrator budynku musi to-to konserwować. W dodatku bramka przed niczym nie chroni - przecież obija tyłki tylko posiadaczom ważnych identyfikatorów. Dla desperata chcącego nabluzgać prezesowi urzędującemu na -nastym piętrze to żadna przeszkoda.

Podobnie jest z bramkowymi zasiekami na dworcach i w metrze. Kto biletu nie ma, ten i tak bramkę omija, przeskakując górą lub otwierając przejście awaryjne. To nielegalne, fakt - ale wejście na gapę jeszcze bardziej…

A jeśli Polska - a jeśli świat - to te kretyńskie bramki? Nikt ich nie chce, ale wszędzie się je stawia. Nikt nie wie, jaką "added value" przynoszą firmie, ale lekką ręką wydaje się na ich montaż kasę zabraną z funduszu szkoleniowego lub planowanych podwyżek dla pracowników.

Niby nic, taka zwykła chromowana bramka. A może kolejny krok we wspólnym budowaniu świata, w którym nikt nie chce żyć?

niedziela, 11 września 2011

W(T)C

Wiedziałem, wiedziałem. Przez skórę czułem, że w 10. rocznicę zamachów na WTC media dadzą popis. Takt i wyważenie nie są mocną stroną dziennikarzy. Spodziewałem się więc, że wśród archiwalnych zdjęć samolotów wbijających się w szklaną ścianę, płonących wieżowców, sterczących resztek konstrukcji i przechodniów uciekających przed chmurą pyłu zobaczę to, co dotąd uważałem za szczyt niedelikatności: zdjęcia ludzi wykonujących samobójcze skoki z wież WTC. Zwracam Twoją uwagę na czas przeszły - "uważałem". Jakże się myliłem!

Fotoreportaż z samobójstwa to nie szczyt, ale zaledwie pagórek. Portal "Onet" poszedł na całość i opublikował - proszę o uwagę - quiz "10 rocznica zamachu na USA. Sprawdź swoją wiedzę!". Zupełnie jakby chodziło o rocznicę pierwszego koncertu "Beatlesów" lub lądowania na Księżycu, w 19 pytaniach możesz sprawdzić swoją jedenastowrześniową erudycję. Czujesz już tę ekscytację? Masz już wypieki na twarzy?

Poziom jest wyśrubowany - żadne tam audiotele w stylu "Którego dnia dokonano zamachów z 11 września - 10, 11 czy 12?". Autor był ambitny.

"Ilu porywaczy uprowadziło cztery samoloty i dokonało zamachów z 11 września? 14, 19 czy 23?" Nie wiesz? Uuu, słabiutko. Może dalej będzie lepiej.

"George W. Bush dowiedział się o zamachu na World Trade Center: na swoim ranczu w Teksasie, w szkole podstawowej na Florydzie, gdzie czytał dzieciom bajki czy podczas wizyty zagranicznej w Meksyku?"

"Jak nazywał się terrorysta egipskiego pochodzenia, który dowodził terrorystami 11 września: Ahmed al-Ghamdi, Chaled Szejk Mohammed czy Mohamed Atta?"

"Synowie Saddama Husajna, Udaj i Kusaj, którzy podczas rządów ojca zajmowali wysokie stanowiska w państwie zginęli: podczas bombardowań rodzinnego miasta ich ojca - Tikritu, w zasadzce zorganizowanej przez tzw. Koalicję antyterrorystyczną, czy na froncie, podczas walk z amerykańskimi wojskami?" (tu ewidentny błąd grafika, bo zamiast ociekającego krwią zdjęcia zwłok Husajnów Juniorów widzimy zaledwie portret ich ojca)

"W jakim stanie rozbiła się maszyna, która miała ponoć trafić w Biały Dom lub Kapitol? W Teksasie, w Waszyngtonie, czy w Pensylwanii?" To pytanie, po uzupełnieniu o czwartą odpowiedź, idealnie nadawałoby się do "Milionerów". Ech, już czuję te emocje, już widzę te zaciśnięte kciuki narzeczonej uczestnika konkursu. "Zenonie, zaznaczyłeś odpowiedź C. [dłuuuuga pauza] I to jest dobraaa odpowieeeedź!!! Taaaak!" Światła! Okrzyki radości! Całusy z widowni i na widownię! Taaak, dziękujemy Ci Al-Kaido, że rozbiłaś się porwanym boeingiem już w Shanksville, zamiast dolecieć gdzieś dalej!

Tylko pośpiech usprawiedliwia redaktorów Onetu, że nie rozwinęli swego projektu bardziej. Aż się przecież prosiło.

"Jakim paliwem napędzane były silniki samolotów wbitych w WTC? Paliwem lotniczym, ropą naftową czy benzyną bezołowiową?" Sponsorowany link mógłby prowadzić do artykułu o sytuacji na rynkach paliw.

"Ile czasu spadali pracownicy WTC z najwyższego piętra?"

"Syn strażaka który zginął w akcji ratunkowej: A) popełnił samobójstwo, B) zaczął brać narkotyki czy C) wstąpił do sekty?"

W nagrodę za wypełnienie można by było ściągnąć zahasłowany plik .avi z nagraniem ostatnich telefonów pasażerów lotu UA93. Za najlepsze odpowiedzi dostałbyś pocztą miniaturową figurkę człowieka wyskakującego z WTC. Mogłaby nawet wygrywać jakąś melodyjkę lub świecić oczami.

Teraz na poważnie. Kim trzeba być żeby z czegoś takiego robić show i zabawę? Bezdusznym sukinsynem? Naćpanym ignorantem? A może po prostu idiotą? Nie chodzi mi o to, by robić z zamachów na WTC tradycyjny polski patos i "zęby wybijane przez gestapo w rytm Chopina". Chodzi mi o zwykłe, proste uszanowanie ludzkiej śmierci. Ja wiem, że żyjemy w czasach, w którym tłuszcza musi koniecznie znać intymne szczegóły pożycia celebrytów. Już się powoli oswajam z myślą, że szpitalne karty gorączkowe znanych ludzi najpierw są wrzucane do Internetu, potem publikowane w gazetach, a dopiero potem dostaje je pacjent i rodzina.

Nie przyzwyczaiłem się jednak (jeszcze?) do takiego samego traktowania śmierci. Usprawiedliwiam operatora kamery filmującego samobójcze skoki. Był w szoku, poza tym to taki sam dokument dla potomności jak zdjęcia z wyzwolenia Auschwitz. Nie mam jednak żadnego usprawiedliwienia dla ludzi, którzy puszczają to w programach info jako podkład dla aksamitnego głosu spikera. Czy ktoś z redakcji zastanawiał się nad tym, co musiało wpłynąć na decyzję o skoku z 90. piętra? Co się działo w głowach samobójców? Czy z równym dokumentacyjnym zapałem "dziennikarze" pokazywaliby światu zdjęcia ze zgonu swoich rodziców?

A potem robili quiz na temat ich ostatnich dni w szpitalu?

Niedawno czytałem o nowej metodzie utylizacji zwłok - po prostu się je rozpuszcza i spłukuje, choćby do sedesu; resztki kości miele na proszek i jak wyżej. Zgwałcony oglądaniem na telebimach w centrach handlowych nagrań samobójstw z WTC czuję, że sam proces umierania trafił do sedesu znacznie wcześniej.


PS. W 1995 roku "Grupa Rafała Kmity" w programie "Kto odwalił kitę" sparodiowała telefoniczne quizy pewnej rozgłośni radiowej. Parodia była (wtedy) odważna, niemal absurdalna, a tematem była właśnie śmierć. Minęło 16 lat i skecz z kategorii "kabaret" trafił do kategorii "dokument"? Wygląda na to, że tak.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Jak skonstruować bombę

Podobno w internecie można znaleźć przepisy na bombę domowej roboty i - znów "podobno" - z takiego przepisu skorzystał Anders Breivik, niedawny bohater "jedynek" w światowych mediach.

Podejrzany milczy, policja nie może się doliczyć ofiar (a i nawet domniemanych wspólników), ale cały świat już wie: skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamski fundamentalista podniósł swoją zbrodniczą dłoń na miłujących pokój przypadkowych gości wyspy Utoya. Nagle nie obowiązuje święty fetysz "nie liczy się wymiar kary, ale jej nieuchronność". Nagle cały Postępowy Świat zachłystuje się zdjęciami z luksusowego norweskiego więzienia, bąkając coś o karze śmierci, dotąd wyklinanej jako skrajnie-prawicowo-chrześcijańsko-antyislamskie barbarzyństwo. Nagle wszyscy znają i komentują 1500-stronicowy manifest Breivika, cytując co smaczniejsze kawałki.

Oto istota współczesnego przekazu informacji.

Przez 2000 lat, odkąd Poncjusz Piłat zapytał Jezusa "co to jest prawda?", ale nie czekając na odpowiedź wyszedł pogadać z "opinią publiczną", niewiele się w kwestii prawdy zmieniło. Zmieniły się natomiast środki przekazu.

Jak skonstruować informacyjną bombę?

"News" wbrew nazwie wcale nie musi być aktualny. To już przeżytek. Nie ma znaczenia, czy bombą będzie wydarzenie sprzed minuty, sprzed lat, czy z mglistej przyszłości. W ostatnich tygodniach internetowym "newsem" było doniesienie o biskupie podejrzanym o przewóz dziecięcej pornografii (tyle że i przewóz, i podejrzenie, i nawet wyrok są sprzed kilku lat), ale i informacja o asteroidzie która - być może - przeleci blisko ziemi. Za 150 lat. Bombowy news nie musi być aktualny, ważne by ruszał.

Co ludzi rusza? Przestępczość. Spłacane kredyty. Bezczelność rządzących (i tych, którzy są z nimi utożsamiani).

No to jedziemy.

Zasuszony w książkach ekonomista bąknął coś, że może - prawdopodobnie - kiedyś - kursy na giełdach pewnie się zmienią? Zmienią się, to przecież prawa rynku, ale my mamy "newsa": "Wstrząsająca wiadomość: od jutra znów kryzys". W tekście może być cokolwiek, że właśnie nie "od jutra", tylko że za rok, albo wcale, ale to nie ma znaczenia. Im więcej emocji w tytule, tym lepiej.

Dziennikarz dowiedział się o jakimś obowiązującym od lat przepisie, na który księgowi dawno znaleźli pięć furtek? "Uwaga, pilne! Fiskus dobierze się do twoich pieniędzy!"

Tekst-bombę trzeba tworzyć z pewnością siebie, jakby podejrzenia były faktem. A więc - nie "biskup podejrzany o przewóz pornografii" ale "biskup przewoził pornografię". Nie "Kowalski zastanawia się, czy prezydent naciskał" ale krótko: "Prezydent naciskał". Żeby uniknąć spraw sądowych (choć, bądźmy szczerzy, kogo byłoby stać i komu by się chciało czekać 10 lat na wyrok) - można powtykać tu i ówdzie zmiękczacze w rodzaju "prawdopodobnie" lub "jak dowiedział się [tu wstaw tytuł medium dla którego piszesz]".

W tej ostatniej dziedzinie bezczelność (a może pomysłowość) nie zna granic. Opowiadał mi pewien aktor (nazwijmy go "Iksińskim"), sądzący się z redakcją pewnego publikatora (nazwijmy go "Brukowcem"), jak kiedyś na konferencji prasowej otrzymał pytanie z sali. Jakież było jego zdziwienie, gdy swoją wypowiedź - wyrwaną z kontekstu, ale to osobna historia -  przeczytał na łamach "Brukowca" okraszoną komentarzem "ujawnił Iksiński specjalnie dla naszej redakcji". Mało tego, potem w sądzie wydawca powoływał się na ten artykuł dowodząc, że nasz bohater sam, dobrowolnie udziela "Brukowcowi" wywiadów, więc nie powinien się z nim sądzić o naruszenie prywatności!

Cechą absolutnie niepożądaną u twórcy medialnej bomby są bowiem jakiekolwiek skrupuły. Nic to, że dzieci dowiedzą się z netu, na jakim sznurze powiesił się ich ojciec. Nic to, że leżący pod kroplówką maszynista zostanie uznany winnym katastrofy, zanim ktokolwiek go przesłucha. Nic to, że nieprawdziwego oskarżenia o pedofilię, molestowanie lub nawet zwykłą kradzież nie da się potem, ot tak, wymazać ze zbiorowej pamięci. Ma być bomba i już. 

Dobrym uzupełnieniem medialnej bomby jest sondaż opinii publicznej i możliwość wpisywania komentarzy. Tu Internet zdecydowanie góruje nad gazetami (lub czasopismami). Konsument mass-mediów lubi czuć, że zna się na wszystkim, więc i media pytają go o zdanie na każdy temat.
- Czy premier słusznie rozwiązał 36. splt? (nie szkodzi, że zajmuje się tym MON: to zbędny detal)
- Czy komisja trafnie wskazała przyczyny katastrofy smoleńskiej?
- Czy Marta Kaczyńska powinna dostać odszkodowanie?"
- Czy Muammar Kaddafi powinien się podać do dymisji?
- Jak oceniasz ostatnie zmiany kursu franka szwajcarskiego?
- Co sądzisz o samobójstwie Leppera?
(dostrzegasz manipulację w pytaniu, czy już nie?)
- Czy Barack Obama powinien zgodzić się na propozycje republikanów?
- Czy księża powinni żyć w celibacie?


Już można klikać "tak/nie", już można wpisywać komentarze pod artykułem. Im więcej będzie tam bluzgów i błędów językowych, tym lepiej.

Bomba ma tym większe rażenie, im bardziej emocjonalnej sprawy dotyczy. Emocjonalnej - czyli pobudzającej, ale na którą czytelnik nie ma żadnego wpływu. Nie ma wpływu, więc tym chętniej i mocniej się podnieci. Gdy Igrekowski podejrzany jest o molestowanie nieletnich (zwane u nas od razu - a co tam, że błędnie - pedofilią), w komentarzach i sondach aż huczy. Och, co by zrobili internauci (albo czego by nie zrobili)! To nic, że sami tolerują rubasznego wujka uwielbiającego "gilgać pod koszulką" dorastające dziewczynki, to nic że sami chętnie zawieszą oko na ciut bardziej rozwiniętej nastolatce. To nic, że pozwalają swoim ledwienastoletnim córkom na noszenie się jak studentki. "Już mu tam pod celą pokażą chłopaki, rok na tyłku nie usiądzie, hehe" - nagle wymiar sprawiedliwości w Polsce, za społecznym przyzwoleniem, mają wykonywać sami więźniowie! Co to jest, samopomoc koleżeńska?!

Żeby było jasne: uważam, że za tego rodzaju udowodnione przestępstwa należy ucinać genitalia przy samej szyi. Tylko że robić to powinien kat w majestacie sądowego wyroku, a nie "chłopaki spod celi"!

Wiktor Suworow pisał w jednej ze swoich książek o listach gończych rozsyłanych za uciekinierami z radzieckich więzień. Nie wolno ich było publikować w gazetach (choć przecież tam można umieścić zdjęcia), ale w radiu - proszę bardzo. Dlaczego? W tak policyjnym kraju ujęcie poszukiwanych było kwestią czasu, więc inny był cel listów gończych czytanych przez spikera i podawanych z ust do ust . Z ust do ust - a więc z ciągłymi przeinaczeniami. Kilku kieszonkowców kryjących się po lasach zamieniało się w stuosobową uzbrojoną bandę idącą na Moskwę. Słuchacze, których wolność wyboru niewiele odbiegała od karty dań w łagrowej stołówce ("możesz jeść albo nie jeść"), nagle zyskiwali poczucie sprawstwa. Mogli zdecydowanie i pryncypialnie potępić, podejrzliwie popatrzyć na każdego obcego, a nawet zażądać (naturalnie w rodzinnym gronie, bo na sądy też mieli zerowy wpływ) surowej kary dla zbiegów.

Właśnie, poczucie sprawstwa. Spójrz, jaki jesteś ważny, nabywco medialnej bomby. Skazując Breivika i doradzając Obamie, regulując kurs franka i reformując Kościół katolicki, jednoznacznie wskazując przyczyny katastrofy smoleńskiej i wypadku kolejowego w Babach pod Piotrkowem.

Właśnie to - i tylko to - świadczy o twojej ważności, zapamiętaj sobie! Musisz w to wierzyć. Inaczej (o zgrozo!) zechciałbyś zająć się sprawami, na które naprawdę mógłbyś mieć wpływ.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Zamiast jajek i zająca

Popatrz w niebo (jeśli czytasz to wieczorem), właśnie mamy pełnię księżyca. Gdy upływ czasu mierzono położeniem słońca i księżyca, ta pierwsza wiosenna pełnia była szczególna. 

Taką samą pełnię widzieli przebywający tysiące lat temu w Egipcie Izraelici. Zgodnie z tym, co przekazał im Mojżesz, pierwsza wiosenna pełnia miała być zakończeniem ich ponaddwuwiekowego pobytu poza ojczyzną, w tym prawie 100-letniej niewoli. Na pamiątkę tego wydarzenia do dziś Żydzi obchodzą Paschę i Święto Przaśników. Ponieważ właśnie w dniach tego święta Jezus Chrystus został uwięziony i stracony, do Paschy nawiązuje też Wielkanoc.

W jaki sposób Żydzi znaleźli się w Egipcie? Prozaicznie - przybyli tam "za chlebem". Mówiąc dzisiejszym językiem, ich praprzodek Józef w czasie kryzysu załatwił tam pracę swoim braciom. Osiedlili się w delcie Nilu, a potem rozmnożyli tworząc wielosettysięczną społeczność.

Zmieniły się jednak warunki. Nowy władca uczynił z tych wolnych ludzi niewolników. Możemy dziś zapytać - dlaczego od razu nie wzięli nóg za pas i nie wrócili do starej ojczyzny? Przecież nowe porządki nie nastały z dnia na dzień. Dlaczego od razu nie poszukali wolności, choćby i w ościennych krajach? Faraon miał silną armię, ale nie miał systemu PESEL, ani nawet spisu powszechnego w którym byłaby jakaś "narodowość izraelska" będąca "zakamuflowaną opcją antyegipską". Nawet w XX wieku zza żelaznej kurtyny, chronionej zasiekami, radarami i armią konfidentów ludzie uciekali "na Zachód", więc nie przekraczało to chyba możliwości Hebrajczyków w starożytnym Egipcie.

Jakkolwiek to nie wyglądało, faraon w końcu wzmocnił straże i zielona wyspa na morzu kryzysu stała się więzieniem. Dopiero po latach Żydzi doczekali się Mojżesza, który w imieniu Boga przekazał swoim rodakom wiadomość o możliwości opuszczenia kraju niewoli. Po długich negocjacjach z faraonem pojawiła się nadzieja. Ostatnim wspólnym posiłkiem w niewoli miała być wieczerza paschalna.

Wyobraź to sobie. Wszyscy Hebrajczycy odprawiają nowy, nieznany obrzęd przekazany przez Mojżesza - ich rodaka, a zarazem byłego egipskiego księcia. Przy wiosennej pełni księżyca zbierają się rodzinami i w pośpiechu zjadają pieczonego baranka lub koziołka z macą i gorzkimi ziołami, a zebraną z zabijanego zwierzęcia krwią mażą framugi swoich domów. Wspólny posiłek integruje, ale to tylko rytuał. Sam z siebie nie daje wolności.

Teraz zaczyna się prawdziwy wybór. Trzeba zebrać swój dobytek i ruszyć w nieznane. Trzeba bezpowrotnie zrezygnować z nadziei, że w tym znanym systemie rzeczy "kiedyś będzie lepiej", że kiedyś faraon zmieni politykę, albo że przyjdzie nowy i znów będzie jak za starych dobrych czasów. Dodatkowo trzeba spalić za sobą mosty - pożyczyć co się da kosztownego od swoich egipskich sąsiadów i wyemigrować bez zamiaru oddania długu.

Biblia donosi, że Hebrajczycy wcale nie byli konsekwentni w swym wyborze. Kiedy wszystko szło jak trzeba, śpiewali i tańczyli, ale gdy tylko pojawiały się niewygody, zaczynało się wzdychanie za niewolą. "Tam przynajmniej mieliśmy garnki pełne mięsa." "Lepiej było pozostać w niewoli u Egipcjan." "Po coś nas tu wyprowadzał?"

Fakt, w niewoli było znacznie łatwiej. Ktoś decydował co człowiek ma robić i w co wierzyć. Ktoś decydował, jak się ubierać i co jeść. Ktoś dbał o to, żeby w ogóle było co jeść. Ktoś wyznaczał miesięczną, tygodniową albo dzienną ilość pracy i wynagrodzenie za nią. Czy praca była sensowna, czy w ogóle była coś warta, czy nadzorcy ktoś za nią zapłaci - niewolnika to nie interesowało. "Ja tu tylko przenoszę kamienie - o, z tego miejsca w tamto". Można było sobie pożartować z nadzorcy, a nawet go nienawidzić, ale tylko po pracy i we własnym gronie. W oczy nikt mu tego nie powiedział.

Minęło półtora tysiąca lat z małym haczykiem i świątecznego baranka z gorzkimi ziołami jadł w wieczór przed aresztowaniem Jezus z apostołami. Minęły kolejne niecałe dwa tysiące i patrzymy na taką samą wiosenną pełnię.

Czasy się zmieniają, technologia się rozwinęła, ale księżyc jest ten sam i ludzka mentalność też niewiele się zmieniła. Tłum radośnie wychodził z Egiptu i ten sam tłum "szemrał", jak określa to Biblia, z powodu niewygód na wolności. Tłum witał Jezusa w Jerozolimie i ten sam tłum cztery dni później demonstrował na rzecz jego stracenia. Wydarzenia "niedziela palmowa" i "powieszenie Jezusa" miałyby tyle samo lajków na ówczesnym Facebooku. Tyle samo "Lubię to!" uzyskałyby "Pascha" i "Przejadła mi się manna".

Zjedzenie świątecznego posiłku z sąsiadami i krewnymi było przyjemne i proste, zwłaszcza że tej samej nocy pierworodni Egipcjanie - niezabezpieczeni znakiem krwi na drzwiach - mieli ponieść śmierć. Wybór "iść  czy nie iść" był już trudniejszy. Bóg dał Izraelitom sygnał do wyjścia, ale wyjść musieli już sami.

Ciekaw jestem, co sami byśmy wybrali w tej sytuacji, nie znając przyszłości.

Choć wędrówka przez pustynię była trudna i momentami niebezpieczna, choć podróżnicy nie ustrzegli się błędów, w końcu dotarli do Ziemi Obiecanej. Jej piękno i dostatek przekroczyły oczekiwania. Hebrajczycy musieli zmienić wiele w swoim życiu, z niewolników stać się samodzielnie myślącymi wolnymi ludźmi. Zamiast z obawy przed batem słuchać rozkazów nadzorców i faraona, nienawidząc ich a zarazem czcząc ich bożków, mieli zacząć świadomie słuchać przykazań jedynego Boga.

Co jest twoim Egiptem? Co cię ogranicza i niszczy, ale mimo wszystko w tym trwasz? Za czym zatęskniłbyś, choć to chore? Nałóg? Praca której nienawidzisz? Manipulujące tobą media? Towarzystwo, któremu chcesz zaimponować? Związek, który nie ma przyszłości? Religia która jest dla ciebie tylko pustym rytuałem i "wiarą ojców", a nie twoim światopoglądem? Coś, co nie ma dla ciebie znaczenia ale "wszyscy tak robią", więc i ty też? 

Co jest twoim Egiptem? I na co jeszcze czekasz, żeby z niego wyjść?

niedziela, 27 marca 2011

Będąc byłym abonentem

Porządkując domowe dokumenty znalazłem list dołączony do ostatniej faktury za telewizję cyfrową (ostatniej, bo kilka miesięcy temu definitywnie zrezygnowaliśmy z tego wynalazku). CYFRA+ "z przykrością przyjęła wiadomość o rezygnacji" więc - uwaga - "pragnąc zachęcić do pozostania w gronie abonentów" proponuje nam "40% rabatu na wybrany pakiet nawet przez 5 miesięcy" oraz dodatkowo 40% rabatu przez 10 miesięcy na kanał filmowy i sportowy.

List bardzo miły, ale mam wrażenie, że powinien być zredagowany nieco inaczej. Tak bardziej szczerze, na przykład coś w tym rodzaju:

"Drogi jeleniu! 
Rąbaliśmy cię dotąd na abonamencie, rocznie na jakieś kilka stów (może nawet tysiaka) i było całkiem miło. Skoro teraz odchodzisz, to pewnie zorientowałeś się że cena jest zawyżona (bo jesteśmy zbyt leniwi, by wymyślić inne powody Twojej rezygnacji). Prawda wyszła na jaw - cóż, nasze ryzyko zawodowe. 
Obniżamy ci więc opłaty prawie o połowę i dorzucamy dodatkowe produkty. Nie martw się: nie jesteśmy instytucją charytatywną, więc i tak nadal nieźle na tym zarobimy. Przyjmij więc naszą ofertę i cofnij swoją rezygnację, tylko nie mów tego tym ciołkom którzy nadal są naszymi klientami. W końcu sam do niedawna byłeś jednym z nich. 
Z poważaniem Twój Operator"

Nie brzmi to lepiej?

środa, 16 marca 2011

Zmierzch styropianowych idoli

(Podejrzewam, że temat tego felietonu - harcerstwo - zainteresuje nielicznych. Jeśli jednak nie jesteś harcerzem, potraktuj ten tekst jako kejs z zakresu zarządzania i edukacji. Trudniejsze terminy oznaczyłem gwiazdką* i wyjaśniłem pod tekstem.)

Harcerstwo to było moje dzieciństwo. Jedno z moich pierwszych - zamglonych - wspomnień kilkulatka to zbiórka rady szczepu* prowadzona przez mojego Tatę, też zapalonego harcerza. Pod wpływem tej organizacji upłynęło całe moje dorastanie, studia, wreszcie pierwsza praca zawodowa (zakończona przeze mnie trzaśnięciem drzwiami, o czym dalej). Ludzie którzy wywarli na mnie największy edukacyjny wpływ to w znacznej mierze instruktorzy harcerscy.

Po co ten wstęp?

"Twarde zasady rynkowe nie były dla nas łaskawe" - piszą we wspólnym liście Przewodniczący i Naczelniczka ZHP, informując o nałożeniu na wszystkich pełnoletnich instruktorów* tej organizacji jednorazowej dodatkowej składki, 80 złotych od osoby, na pokrycie kilkunastoletnich długów ZHP. Fora internetowe huczą, obciążeni składką instruktorzy protestują. Składka i dług to jednak wewnętrzne sprawy tego stowarzyszenia i nie o nich chcę tu napisać. Gorzej, gdy czytam komentarze w mediach. "Harcerze toną". "Ostatnia zbiórka harcerzy". "Czy harcerstwo upadnie?"

Nawet jeśli podzielić te sensacyjne tytuły przez 10, to coś się dzieje. Coś się na naszych oczach kończy, i to wcale nie z powodów finansowych.

Czy harcerstwo upadnie, jak piszą szukający sensacji dziennikarze? Nie. Po pierwsze harcerstwo to nie tylko ZHP, po drugie ZHP to nie tylko centrala. Organizacja w ciągu 12 lat zmniejszyła się o 75% - z tego co zostało, część to całkiem przyzwoite drużyny i szczepy. Upadnie co najwyżej byt prawny, stowarzyszenie które - znów cytując list jego władz - "nie było przygotowane na rynkową rzeczywistość".

Fakt, my Polacy - jak to zwykle - pomajstrowaliśmy przy genialnym wynalazku Baden-Powella*, tworząc z radosnego skautingu trochę mniej radosne harcerstwo. Fakt, harcerstwo (nie tylko ZHP) było nieprzygotowane nie tylko na rynkową rzeczywistość, ale w ogóle na zmiany cywilizacyjne. Fakt, nadal zostaje świetna metodycznie, choć malutka i przeznaczona tylko dla katolików organizacja "Zawisza FSE". Zostaje też ZHR, który kilka lat temu wreszcie zaczął budować swój wizerunek nie na negacji "tego czerwonego zethapu", ale na swoich własnych wartościach. Ale i tak szkoda.

Już widzę te apele: "ratujcie harcerstwo, to dobro narodowe". Naród już od dawna harcerstwo miał gdzieś, na własne życzenie tego ostatniego. Wizja Małego Powstańca co to z butelką benzyny atakował niemieckie czołgi jest może wzruszająca, ale trudno nią utrzymać entuzjazm narodu przez ponad pół wieku. Obozy harcerskie też przestały być atrakcyjną propozycją - i dla młodzieży (skoro wygodniej jest zjadać chipsy przy komputerze), i dla rodziców (ani nie są aż tak tanie, ani nie uczą samodzielności - z HACCP-em  zamiast kuchni polowej i toi-toiem zamiast latryny).

Gdy zaczynałem swój krótki epizod pracy w Głównej Kwaterze ZHP*, akurat w Polsce zaczynał rządzić AWS, który zakręcił kurki z państwowymi dotacjami dla ZHP. Nie było takiej obelgi, jakiej nie rzuciliby prominentni funkcjonariusze mojej organizacji na ówczesny rząd (choć jednocześnie umizgiwali się do nowych ministrów do granic obrzydzenia). Nagle okazało się, że największa "pozarządowa" organizacja w kraju nie może istnieć bez rządowych pieniędzy.

Czy te pieniądze docierały do drużyny harcerskiej w Augustowie albo czy ułatwiały organizację zbiórek zuchów w Lęborku? Spuśćmy zasłonę miłosierdzia, jak napisał Mark Twain, na to co się z nimi działo. Ani nie interesuje to czytelników tego felietonu, w większości nieharcerzy, ani nie ma w tej chwili znaczenia.

Ważniejsze jest to, co może być kejsem do podręczników zarządzania dla sektora NGO. A kejs jest boleśnie prosty: centrala oderwała się od tego, co było istotą działalności statutowej (a co działo się na tzw. dole, w drużynach) i całkowicie pogubiła się ideowo.

Liderzy ZHP przeoczyli moment, w którym organizacja przestała być masową organizacją dzieci i młodzieży PRL, przyjmującą w Sali Kongresowej 3-milionowego członka. Przeoczyli moment, w którym harcerstwo przestało być jedyną propozycją dla młodego człowieka. Zaczęli dryfować - od Wysp Złudzeń-Że-Da-Się-Utrzymać-Stare aż do Archipelagu Unowocześnimy-Się-Na-Gwałt-To-Nam-Uwierzą. ZHP niemal na każdym swoim zjeździe po 1989 roku majstrował przy części ideowej swojego statutu.

Pogubili się harcerze na górze. "Będziemy apolityczni" - ale jednocześnie będziemy nadskakiwać każdej kolejnej władzy i każdej aktualnie modnej ideologii (oczywiście pod pozorem "propaństwowości"). "Będziemy otwarci dla wszystkich" ("nie jak ten wstrętny ZHR") - ale zabiegając o szczególną przychylność Kościoła Katolickiego, daleko poza granice hipokryzji. Tu muszę się ugryźć w palce, by nie napisać więcej, bo w czasie epizodu na harcerskiej górze sprawy religijne miałem w swoim zakresie obowiązków. I to one - między innymi - zdecydowały o mojej rezygnacji z funkcji. Pewnych rzeczy znosić się długo nie da.

Pogubili się też harcerze na dole. Z internetowej listy dyskusyjnej ZHP odszedłem mniej-więcej między wątkiem o obozie harcerskim w stylu astrologicznym (tarot, te sprawy), a wątkiem o tym, że instruktor-homoseksualista to nic złego. No nie dałem rady. "Gdy nie wiesz dokąd chcesz dojść, obojętne którą drogą pójdziesz" - usłyszała Alicja w Krainie Czarów. To hasło powinno wisieć na stronach internetowych ZHP zamiast kompletnie nieprawdziwego sloganu "Tradycyjne wartości, nowoczesny program".

Za młody pewnie jestem, by mówić "a nie mówiłem", ale to aż się ciśnie na usta. Gdy 12 lat temu działałem w ZHP (wówczas czterystutysięcznym), żartowałem że oficjalny program władz tej organizacji nosi tytuł "ZHP 100.000". Dziś ZHP ma - podobno - 120 tysięcy członków. Jak na organizację elitarną - wciąż za dużo. Jak na masową, cóż... Szybko poszło, nie? Szybciej niż myślałem.

Nie, to nie żadna Schadenfreude z mojej strony. Harcerstwo to moje dzieciństwo, dorastanie i początek dorosłości, harcerstwu mój Tata poświęcił swoje życie. Jest mi po ludzku przykro, kiedy na moich oczach duża część tego ruchu traci resztki swojego społecznego zaufania. I czuję po ludzku wściekłość na tych, którzy do tego doprowadzili.

W zeszłym roku ZHP też miał pierwsze strony gazet, przy okazji obchodów stulecia harcerstwa. W Krakowie uroczyście odsłonięto pomnik twórcy polskiego skautingu, Andrzeja Małkowskiego. Trzeba go było zaraz schować do bramy, bo oprócz tego że był brzydki jak noc, to okazał się pomalowaną kupą styropianu...

Znikają styropianowi idole udający spiż. Co zamiast nich?

***
Bardzo uproszczone wyjaśnienia dla nieharcerzy:

Skauting - ruch założony w początkach XX wieku przez brytyjskiego generała Roberta Baden-Powella mający na celu wychowanie samodzielnego i honorowego człowieka przez zajęcia na świeżym powietrzu, współpracę w małych grupach i współzawodnictwo.
Harcerstwo - polska wersja skautingu (silniejsze są w niej wątki patriotyczne i paramilitarne).
Szczep - kilka drużyn harcerskich (drużyna z kolei to około 15-20 osób, kiedyś 20-30).
Instruktor - wychowawca-wolontariusz w organizacji harcerskiej (od 16 roku życia wzwyż).
Główna Kwatera ZHP - centrala organizacji, kierowana przez Naczelnika (obecnie Naczelniczkę).

poniedziałek, 7 marca 2011

Kłamstwo nasze powszednie

"Przesyłkę odebrałem" - podpisujesz na poczcie zawsze, gdy przychodzisz z awizo. Odebrałem? Przecież standardem jest szukanie paczki dopiero wtedy, gdy adresat ją pokwituje, a więc gdy potwierdzi nieprawdę. O odwrotną kolejność upomina się może promil promila, znienawidzony z tego powodu przez panie w okienkach i przez pozostałych klientów poczty.

"Zapoznałem się z regulaminem" - taaa, już w to wierzę, że podpisując te słowa rzeczywiście poświęcasz choćby minutę na przeczytanie tzw. drobnego druczku. Żeby daleko nie szukać: w swoim komputerze masz co najmniej kilka programów, przy instalacji których potwierdziłeś przeczytanie umowy licencyjnej, i to po angielsku. A gdyby tak któregoś dnia dowcipny programista dopisał, między standardowymi postanowieniami, zobowiązanie do oddania przez Ciebie nerki? Zauważyłbyś to? Przewijasz teksty takich regulaminów choćby dla świętego spokoju, czy od razu zaznaczasz "zgadzam się"?

"Zostałem/am pouczona o treści artykułu... paragraf..." - formularz o takiej treści podsunął mojej Żonie do podpisu kontrolujący ją policjant, gdy odmówiła przyjęcia mandatu.
- Ale czego dotyczy ten przepis? - zapytała czujnie Żona.
- Eee, nie wiem... To już pani w sądzie powiedzą.
- Ale to pan mnie ma pouczyć. Ja nie jestem prawnikiem.
- Ja też nie. W sądzie pani powiedzą.

I co? Jestem gotów założyć się, że 99% zatrzymanych kierowców podpisuje to "pouczenie" bez pytania. To że policjant nie zna treści przepisu, to oczywiście skandal (jego amerykański kolega ma zawsze przy sobie ściągę ze słynnym "Masz prawo milczeć..."). Ale co powiedzieć o tych, którzy podpisują nieprawdę na jego polecenie? Przecież za odmowę podpisu (i to takiego) nie zakują Cię w kajdanki ani nie spałują! Przynajmniej nie spotkało to mojej Żony.

Kłamiemy więc nawet wtedy, gdy przynosi nam to szkodę. A co wtedy, gdy kłamstwo daje konkretne, wymierne zyski?

Legenda głosi, że ktoś podobno zawarł umowę z bankiem lub towarzystwem ubezpieczeniowym tylko na podstawie dokumentów zażądanych przy pierwszej rozmowie z agentem, i że nie trzeba było niczego uzupełniać. Miało wystarczyć oświadczenie o stanie zdrowia? Cóż, "w trakcie procedury okazało się", że potrzeba jeszcze wyników badań za ostatnie trzy lata i karty szpitalnej sprzed lat dziesięciu. Uwierzyłeś, że bank zaufa Twojemu oświadczeniu o dochodach, jak obiecywał w reklamie? Naiwny głupcze, rezerwuj już sobie dzień na wyjazd do skarbowego po plik zaświadczeń, ewentualnie do księgowości po wydruki. "No właśnie się okazało, że w tym wypadku...".

Mechanizm jest perfidnie prosty. Podręcznikowa, cialdinowska technika "niskiej piłki": jeśli zaangażowałeś się łapiąc pierwszą atrakcyjną ofertę, to tak łatwo nie zrezygnujesz. To, że w ten sposób buduje się Twoją nielojalność już przy pierwszym kontakcie, marketerzy mają gdzieś. W razie czego będzie się z tym bujał dział utrzymania klienta.

Od banku wolisz loterię? Proszę, "Milion do wygrania!". Zacznijmy od tego, że nie cały milion, bo pomniejszony o podatek od wygranej, o czym reklama milczy. "Wyślij SMS a dostaniesz nagrodę" - ta praktyka jest akurat wyraźnie zakazana ustawą, ale co z tego? "Do wygrania 100.000!!!" - wrzeszczy z reklamy wyróżniona liczba, choć w tym akurat wypadku sto tysięcy to suma nagród, z których największa wynosi 100 złotych, i to pod dodatkowymi warunkami.

Sprawa robi się poważniejsza, gdy chcesz uzbierane pieniądze zainwestować. To, co dzieje się w branży budowlanej, to już prawdziwa granda. Dom z krzywymi ścianami i dziurami w posadzce bywa uznawany za zgodny ze sztuką, dopóki wkurzony klient po latach czekania w sądach i po tysiącach wydanych na rzeczoznawców nie udowodni, że jest inaczej. Trzeba było aż wyroku Sądu Najwyższego, by "protokoły odbioru" podpisywane na kolanie w dniu zakończenia budowy nie były traktowane jak cyrograf uniemożliwiający dochodzenie roszczeń od fuszerów.

Na drobnych kłamstewkach (lub "swobodnym podawaniu prawdy") jest zbudowany nie tylko biznes. "I nie opuszczę cię aż do śmierci"? Pięknie to brzmi, ale statystyka jest nieubłagana. Co roku w Polsce orzeka się 65 tysięcy rozwodów - to aż jedna czwarta liczby zawartych w tym czasie małżeństw. Twoje szanse na rozwód drastycznie rosną, jeśli Twoje małżeństwo nie ma jeszcze czterech lat. Z kolei po 13 rocznicy ślubu możesz uważać się za szczęściarza, bo tyle lat średnio trwają małżeństwa rozwiedzione. "Do śmierci" to przesada taka sama jak "do ostatniej kropli krwi" z wojskowych przysiąg: żołnierz ma krwi w żyłach jeszcze całkiem sporo, gdy kończy się jego udział w bitwie. Oba zwroty są jednak tak wzruszające, że nikt nie odważy się ich tknąć.

Przyrzeczenia abstynenckie składane "na komendę" przez dzieci przystępujące do katolickiej Pierwszej Komunii to już grubsza sprawa. Każdy wie, że to pic. Statystycznie do "osiemnastki" wytrwa bez jakiegokolwiek alkoholu (wliczając piwo) tylko jedno dziecko na dwadzieścioro. Każdy wie, że dzieci powtarzające antyalkoholową formułkę nie są jej nawet do końca świadome, przejęte uroczystością i prezentami. Kto w tym wypadku odpowiada za bluźnierstwo, "branie imienia Pana Boga twego nadaremno"? Dziewięcioletni dzieciak? Nadgorliwy ksiądz? Nieasertywni rodzice? Co jest gorsze: to, że "komunista" o obietnicy zapomni, zagubi ją wśród innych pobożnych formułek wyrecytowanych tego dnia, czy że - przeciwnie - zapamięta, a potem słowa nie dotrzyma?

Czy potem można się dziwić, że na podobnej bujdzie (czasem uroczystych zaklęciach, a czasem zwykłym oszustwie) opiera się także polityka i rządzenie Twoim krajem?

Miały być mieszkania dla młodych małżeństw (prawdziwe jak dyplom magisterski autora tej obietnicy). Miało być rozliczenie aferzystów, poległe niebawem w starciu z parlamentarną arytmetyką. Każdy minister proponujący podwyżkę podatków miał być przez pewnego premiera "osobiście wyrzucony z rządu" - tego samego rządu, który potem postanowił podatki podwyższyć, zarzekając się do ostatniej chwili, że to tylko plotka. Pomniejsze kłamstewka już nawet umykają uwadze; przyzwyczailiśmy się do nich, jak do dziur w drodze i smrodu w pociągach.

Uważaj na to znieczulenie. Jeśli prawda wyzwala, to co z Tobą robi wszechobecne oszustwo?